czwartek, 19 stycznia 2017

poezja w czwartek

lubię te słowa, co nic nie znaczą 
po których błądzę stopami 
na oślep wypowiadane
lubię te słowa, co brzeg warg znaczą
to moja ojczyzna rozkwitająca 
lecz pozbawiona imienia 

lubię te słowa, co nic nie znaczą 
zielone i miękkie mgłą 
a czasem 
chmur szarość wieczorną przypominają 
to moja ojczyzna rozkwitająca 
w warg uniesieniu 

lubię tych słów kształt 
po których błądzisz palcami 
nie znając ich 
to ojczyzna miła 
moje ciało literami 
rozkwitające 





niedziela, 15 stycznia 2017

niedziela, po sieście

była cudowna, te dwie godziny muzyki ciągle mnie wzruszają. szczególnie zimą, kiedy się robi coraz bardziej szaro, herbata grzeje, kot mruczy. mój kot lubi siestę;) lubi te błogie dwie godziny nicnierobienia, kiedy nic się nie dzieje. każdy leży i on z zapałem towarzyszy temu leżeniu. gdyż tak naprawdę w życiu (kota) nie ma ważniejszej sprawy niż leżenie. wygodne miejsce, twój koc (będzie idealny) Filemon angażuje się tylko w kilka spraw: sprawianie by go wszystkim czestować, co można zjeść (skoro jem to ja, on też będzie to jadł), miauczenie o świcie (godzina 4 rano jest perfekcyjna) pilnowanie, sprawdzanie swoich ludzi (wchodzenie i wychodzenie z łazienki, a najlepiej kąp się przy otwartych drzwiach) wymiałkiwanie drapania szczoteczką (któremu się zresztą szybko ulega) i spanie przerywane drzemkami.
Gdybyśmy brali przykład z kotów nasze życie było stanowczo bardziej przyjemne;) ale osiągnięcie takiego stanu zen nieudolnemu człowieki zajmuje wiele z życia, a czasem nie nauczy się tego nigdy.
ale na szczęście mamy cudownych nauczycieli.

niedziela po sieście z tracy chapman płynie cudownie. za oknem śnieg, a w domu dużo pięknej muzyki. takiej, przy której nie chce się myśleć o zimie. dziś kiedy myślę, to myślę o czytaniu
(przeplatam marininę (która chyba nie jest tak dobra jak bym chciała) i mendozę (wciąż) i martwię się kiedy ja to wszystko przeczytam. po kolacji jeszcze kilka stron.

niedzielo byłaś piękna


wtorek, 10 stycznia 2017

10 stycznia

10 dzien roku, popoludnie tak sobie siedzimy z filemonem . on mruczy i grzeje, wszystko sie ulozy tylko musze cie udeptac:) we wszechwiecie nie ma piekniejszego dzwieku od kociego mruczenia.
w ogole jest to niezadowna metoda na wszystkie troski i smutki.
nie narzekam na swoje życie, mimo kry i lodu. teraz powoli one ustępują. to daje nieśmiałą nadzieję, że ten rok będzie cieplejszy i milszy. będą w nim książki i wiele dobrej muzyki (pomijając ostatnią siestę z zastępstwem) i może (w końcu) dobre zmiany, bez wyrywania mojego świata z korzeniami.

nie chce niczego wyrywać z korzeniami, ale czy na pewno warto, by coś samo usychało?
 czasem takie usychanie ma sens, z perspektywy czasu. i wtedy można zacząć mysleć o czymś innym. a czasem nad tym, co uschło chce się płakać z żalu. niektóre rzeczy w ogóle nie pielęgnowane i tak trwają i są. a może to  n i e  d o b r z e ?

niech już tylko pójdzie sobie ten ekstrymalny chłód i brzydka zima. chociaż ogrzewanie się herbatami jest całkiem miłym zajęciem, to jednak fajnie byłoby wyjść z domu i nie iść sobie pbez towarzystwa szczypiącego mrozu i co gorsze(!) ohydnego smogu.
także jestem gotowa do przyjęcia wiosny;) (w realistycznej perspektywie jest śnieg, ale nie ważne)

z planu 52 książek na ten rok; doczytałam 3 z poprzedniego roku, w tym genialną opowieść o Simonie Kossak. A teraz zupełnie noworocznie czytam znowu Mendozę (jestem fanką jego poczucia humoru) i w perspektywie jest marinina,, egzekucja w dobrej wierze" i neponset osieckiej. no i coś jeszcze, ale jestem daleko od szafki z ksiażkami.
lubię takie plany, wyjątkowo mnie uspokajają.





sobota, 31 grudnia 2016

31 grudnia

wszystko nie tak. święta miały się snuć powolnie, rozkosznie smakować. dłużyć się czytaniem.
z tych przyjemności było niewiele. pełne niejedzenia, chorowania i leżenia. najcudowniejsze były dwie godziny siesty (którą sobie odsłuchuje) przy światełkach i pod kocem. towarzyszkość na poziomie ujemnym.
po świętach kilka dni spokoju w końcu w brzuchu też. układanie puzzli, czytanie. nad puzzlami można przemyśleć całe swoje życie (polecam;) dwa treningi (po wielu dniach przerwy, których liczba przyprawia mnie o palpitacje serca, więc je przemilczę) po czym organizm zbuntował się ponownie i znowu schował się w chorobę. mam niepokojące przekonanie, że to się nieskończy nigdy.
mam nadzieję, po nowym roku wrócić do mojej rutyny. teraz sylwester pod kocem (czego akurat nie jest mi tak bardzo żal, bo nie lubię zewnętrznego przymusu i sylwestra nie obchodzę)

czytelnicze podsumowanie tego roku jest najładniejsze (poza tym ten rok był zimny, gorzki. kry i lód. czasem tylko drobiny szczęścia) 31 przeczytanych książek. Nie jest to jakoś oszamiałająco dużo, ale w nachodzacym roku mam nadzieje poprawić ten wynik. I może uda się nie czytać w przeważającej ilości kryminałów. Mam już kilka potencjalnych lektur na myśli.
poetycko nie będę się torturować było źle. muszę nad tym popracować, więcej pisać. zdecydowanie więcej pisać. i kropka


teraz czas na leżenie z kotem (kot stara się jak może wyciąga chorobę całym futerkiem)
 filemon leczy lepiej niż wszystkie tabletki świata. i oczywiście nasza urocza służba zdrowia.
książka i kydryński, kydryński razem ze swoją muzyką jest cudowny.

miłego nowego roku!







poniedziałek, 19 grudnia 2016

gram w grudzień

ostatnia sobota była piernikowa i zielona. Panna z zielonego lasu przybyła do domu  i czeka na balkonie na ostatnie przedwigilijne dni żeby się przebrać. A potem jak to kobieta zabłysnąć;)
jeszcze nadal też najlmilsze przede mną ozdabianie pierniczków któregoś późnego wieczoru.
najładniejsze są właśnie te późne wieczory pełne krzątaniny i zapachów ciast.
jeszcze na to czekam. jeszcze będzie się piekł chleb. nie wyobrażam sobie żeby go nie było. wyjętego z piekarnika gorącego, tak bardzo, że aż ręce się ogrzewają.

gdzieś w pojedyńczych chwilach czytanie, ale takie ukradkiem. w pościeli z gorącym imbirem
(imbir z cytryną na przeziębienie i sen) to czytanie bywa krótkie. czekam na to długie świąteczne.
może z kotem. natomiast on spokojnie igonoruje wszystko. porządki i zamieszanie kuchenne.
nie oparł się tylko papierowi na prezenty i wstążce (do której producent chyba coś dodaje, bo wyjątkowo mu smakuje;) papier okazał się być wyborny do poleżenia.
a tak to chowa nosek w poduszkę (pewnie oszczędza siły na choinkę) i śpi i śni o krainach z wiecznym słońcem(?) niestety pogoda jest raczej z krainy wiecznej szarości. ale to i tak nie przeszkadza mi pielęgnować ciepłych uczuć wobec grudnia.

zaraz w radiu aksamit anny gacek to na miłą końcówkę poniedziałku.





czwartek, 8 grudnia 2016

grudzień jest zapachem

niepostrzeżenie mglisty i szary listopad przeszedł w grudzień. to taki miesiąc, że czasem chciałoby się żeby trwał w nieskończoność, by zapamiętać te wszystkie wzruszenia. czy będzie można coś z nich powtórzyć? najwięcej liczą się zapachy choinki i kuchni. i muzyka to jest moja piosenka numer jeden na początek grudnia Mary J Blige Dont let me be misunderstood  chociaż pierwsza mnie zachwyciła tym utworem Aga Zaryan tu  (na jej płytę z interpretacjami dokonań Niny Simone wydałam ostatnie pieniądze, ale dla takich dźwięków warto było, wiedziałam, że będzie mnie nieustannie wzruszać)
a poza tym siesta, nie ma nic bardziej cudownego niż ta muzyka, głos Kydryńskiego i coraz bardziej ciemniejąca niedziela. 

a kuchnia piernikowa, cynamonowa i żurawinowa. do późnych godzin nocnych ze światłem piekarnika. pełna maku i kruchego ciasta. z trójką w tle. ze zmęczonymi powiekami. 
czasem słonym smakiem śledzi na języku (próbowanych ukradkiem) tyle cudowności, na które uwielbiam czekać. 
i co roku podobne do siebie filmy świąteczne, ależ jak miło się je ogląda przy światełkach choinkowych i zamaczaniu kolejnych ciastek w mleku;) 

już nawet uszykował się miły stosik lektur, który pewnie się jeszcze powiększy (no żeby było z czego wybierać;) to taka świąteczna tradycja. 

grudzień jest zapachem. grudniu wlecz się i pozwól się miło zapamiętać.
tymczasem idę łaczyć buraka z grejfrutem. 

środa, 23 listopada 2016

jeszcze listopad

w środku tygodnia listopad wybuchnął wiosną. może trochę w czasie odwlecze się śnieg.
oczywiście śnieg pięknie wychodzi na zdjęciach. w tle i na pierwszym planie. a teraz raczej tylko suche gałązie. ale mamy słońce, a to znacznie rozjaśnia dzień do 15 można się cieszyć.
ciemne popołudnie jest książkowe. i znowu kryminał (ale jak, późna jesień bez?) nie mogłabym.
popołudnia te mają swoje uroki z kotem i herbatą. od czasu do czasu z wyprawami do kuchni.
to nie są zmarnowane minuty czasem wychodzi się z bajaderką w ręce (efekt zakalca;)
a czasem z jabłkiem (takie mgliste postanowienie o zmniejszeniu ilości cukru w diecie)
dziś będą placki z kefirem na obiad (to znacznia utrudnia sprawę, przecież nie da się ich jeść bez cukru pudru) mają one swój urok,któremu trudno się oprzeć.

słucham wywiadów nogasia na stronie wyborczej. i cieszę się, że tam jest.

tymczasem kieruje się do kuchni. ktoś musi zrobić obiad (aby niektórzy mogli się wylegiwać w łóżku przez pół dnia, jak filemon- mistrz nieskończonego relaksu;)



piątek, 18 listopada 2016

piątek w połowie miesiąca

listopad z tego roku zawsze będzie mi się kojarzył z chlebem. pierwszym upieczonym przeze mnie.
potem drugim. z zapachem i rozgrzaną kuchnią. tym bardziej, że to prawie lodowaty miesiąc.
ja marznę ciągle, jestem ciepłolubna i zimą marzę o bilecie do ciepłych krajów. potem przychodzi lato i zmieniam punkt widzenia;)

listopad jest też miesiącem książki hiszpańskiej.  był cabre i jego cień enucha który  był powieścią doskonałą.  patrząc w bibliotece na półkę z literaturą hiszpańską bardzo chciałam wybrać coś co mnie nie zawiedzie, ale też trochę rozbawi, zabierając z świata melancholii cabre; mendoza i jego sekret hiszpańskiej pensjonarki to tak cudownie zabawna opowieść (trochę podobna do najlepszych kryminałów chmielewskiej) abstrakcyjne poczucie humoru autora genialnie poprawia nastrój w najciemniejsze listopadowe wieczory.

no i wrócił Marek Niedźwiecki z Australii, cieszę się, bo znowu jakby wszystko na swoim miejscu.
jedną listopadową markomanię miał Kydryński i to było mistrzostwo świata. i należało to odnotować że takie piękne dwie godziny poza niedzielą miały miejsce. i zachować w pudełku;)
i On lubi Szymborską. O której trochę ostatnio zapomniałam (ze względy na brak współpracy na linii ja- muza poetycka) a której to przypomnienie, przypomniało mi, że tak umiem (nadal) pisać wiersze i wcale to nie są takie złe wiersze (jakie sobie już prawie wmówiłam;p)

idę po herbatę i potem prosto do hiszpanii;)














piątek, 4 listopada 2016

w środku piątku

w środę w radiu śpiewała Agnes Obel jej melancholia i zaduszki komponowały się idealnie.
bo ona tą muzyką otula ciemne i czarne listopadowe wieczory. citizen of glass zaczarowuje zimną jesień. jest piękny, chyba.

poza tym czasem robię zdjęcia liściom, zimnym i mokrym od deszczu. ta jesień mnie przygnębia ze swoim prawie zimowym nastrojem. a liście są jeszcze kolorowe i jest ich jeszcze dużo, chociaż większość opadła. lubię im się przyglądać z bliska. zdarzają się ułamki słońca, wszystko trochę mniej ciemne.

i czytam cabre, dla niego zreztą zostawiłam wszystkie inne książki. to nie było wyzwanie, po prostu spędzanie czasu z jego prozą to jak nieustanne wstrzymywanie oddechu z zachwytu. każde słowo w tej orkiestrze powieści ma swoje nie przypadkowe miejsce. lubię kiedy literatura jest przemyślana.

będę piekła rogaliki, ostatnio niewiele się dzieje w mojej kuchni. z okazji piątku, listy, św. marcina
i weekendu.


sobota, 29 października 2016

w sobocie o radiu

nie lubię kiedy burzy mi się świat. kiedy wszystko w radiu tak dobrze się ze sobą komponuje.
i każdy głos, który mówi jest oczekiwany. nie lubię zmian, szczególnie tych, które psują, to co było dobre. i tak jest mi przykro, że michał nogaś odchodzi z trójki. dziś było pożegnanie w radiowym domu kultury byłam wzruszona, to było takie ładne. smutno, że to koniec.
To dzięki Redaktorowi spotkałam się z powieściami Cabre. nigdy tego nie zapomnę.

dobrze, że jest Siesta, moje niedziele dzielą się na te, w których ona jest (te piękne i nadzwyczajnie cudownie muzyczne) i na te, kiedy jej nie słucham (te mniej piękne)

ciągle jakieś kłopoty w rzeczywistości. wszystko na opak. tam, gdzie ma być kreska, nagle tworzy się gwałtowna fala. i zamiast skupiać się na rzeczach naprawdę istotnych i je spokojnie układać, wiecznie coś popsute. patrzę i nie wierzę, że niektóre rzeczy mogą mieć miejsce.
ale wysnuje sobie spokój, pewnie też. taka końcówka października, który miał być lepszy. jednak w tym roku niewiele rzeczy jest dobrych. raczej wiele ostatnich i nie udanych.

na pocieszenie znowu powoli, niespiesznie piszę wiersze. och, jak to pięknie się pisze.
po długim okresie nieznośnej ciszy jest to rodzaj mikrocudu. sięgnęłam po mistrzowską poezję
Mistrza Herberta i w Jego wierszach odnalazłam (w końcu!) nastrój i słowa pobudzające moją poezję.

tymczasem powolna trochę sobota trwa, w tle muzyka z poprzedniej siesty. idę po książkę, chociaż na chwilę.





wtorek, 25 października 2016

jasne i ciemne

cały październik otulony mgłą. cały październik taki ciemny. na przemian mokro i zimno.
o każdej porze światło elektryczne. książki czytam znowu Cabre, dla niego odłożyłam wszystko, co czytałam, żeby znowu pobyć w jego świecie. uśmiecham się to dobra lektura. (cień enucha)
a że wszystko mgliste i raczej ołowiane na zewnątrz jeszcze lepiej te książki smakują,

w kuchni ciągle zupy kremy- to najgenialniejsze zupy na świecie. lubię, kiedy w nich dużo warzyw jest gładko zmiksowanych. z soczewicy, brokuła i cukinii.
 od czasu do czasu ciasta. w niedziele szarlotka, chociaż nie zachwycała po wyjściu z piekarnika, to przyjemnie się ją je. lubię jabłka, szczególnie te ukryte w cieście.

przed ciastem (dla duszy) trening (dla ciała) a potem placki z cukinii i cabre na miły wieczór.
takie rzeczy po kolei lubię kiedy się wydarzają, to mnie uspokaja. inne ciągle się burzą.


czwartek, 20 października 2016

październikiem popołudniowym

chciałam zapamiętać z tego października piękne złote liście. i piękne jesienne słońce.
dziś stałam z parasolką w ręku, nogami trochę tonąc w kałuży (dobrze, że mam ładne kalosze;) i robiłam zdjęcia liściom, charakteryzował je uparty brak ozdób w postaci promieni słonecznych. za to bardzo równomiernie i monotonnie padało. jest w tym jakiś spokój, w tym deszczu.
jest taki mały plusik tej pogody można delektować się towarzystwem książki oraz kota (chociaż kota, to bez względu na aurę;) i być pod kocem.

a poza tym jesienią taką tak miło włącza się piekarnik  piecze i gotuje.
może jutro zrobię szarlotkę. a tak to raz były ptysie (bardzo się bałam kulinarnej katastrofy, a jednak
wyszły piękne i na pewno jeszcze do nich wrócę.) tylko wcześniej muszę opanować trudną sztukę jak nie ubrudzić całej kuchni ciastem;) i knedle- uwielbiam je, są pyszne. nic mnie tak nie cieszy jak ta kulka ciasta ze śliwką w środku oblana gęstą śmietaną i cynamonem.

a w muzyce też ładnie. (tylko cały czas żałuje, na trójka zrezygnowała z 3 wymiarów gitary)
za to jest nowa płyta Kings of Leon, która sprawiła, że znowu chce ich słuchać.
no i piękny Aksamit Anny Gacek- idealny na ciemne jesienne wieczory.

tymczasem koniec kocykowania, czas zadbać o formę:)




wtorek, 4 października 2016

wtorek w październiku

jesień się zachmurzyła, ochmurzyła. kłębiaste ciemne obłoki suną leniwie po niebie.
słońca raczej mało i jakoś rzadko. teraz świeci, ale tak bardzo jesiennie z szumem liści w tle.
ostatnio świat ciągle mi się taki szary wydaje, o a teraz znowu liście szumią.


w czytaniu jakieś niezrozumiałe zaległości. kłębią mi się książki wszędzie.
za to w poezji mojej pusto. i ta pustka jest niepokojąca. co nie znaczy, że  będzie zawsze, czekam na zmianę. prowadzę wewnętrzne przygotowania do wzięcia się w garść powinny dać jakiś efekt (nie tylko w dziedzinie tworzenia wierszy)
w muzyce istnieją u mnie tylko dwa zespoły (poza tym trójka, ale to tak tylko przypominam;)

literacko jestem w Islandii z A. Indrioasonem  Hipotermią im dłużej Go czytam, tym bardziej mi się przypomina, dlaczego mi się nie podobał wcześniej za bardzo. najwyraźniej to była szansa na wyrost. albo kwestia tłumaczenia.
czasem  bywam w Nowym Yorku z Paulem Austerem i Trylogią nowojorską nie wiem jeszcze jak międz nami będzie.  Z USA niedaleko do Kanady, gdzie spotykam się z Alice Munro i jej tomem opowiadań Uciekinierka lubię ją niezależnie od tego co napisała.


kings of leon (chociaż miałam już okres, że nie słuchałam ich wcale, to teraz wraz z nową płytą chce ich coraz więcej) cheap tobacco (przypadkowo wyszerpane w internetach, kawałek czasu temu, ale ciągle podoba mi się tak samo #dobrebopolskie ;) 





sobota, 24 września 2016

pierwsza garść zdjęć

to zdjęcia z pełni lata powolnych, długich letnich godzin.  dotykanie ciężkich skór drzew. 
minuty płynące od zielonego do zielonego. drobne zachwyty. to była właściwie pełnia drobnych zachwytów. a na te lubię patrzeć najbardziej. 








czwartek, 22 września 2016

wypisy z czwartku

mam jeszcze całe garści zdjęć z wakacji, a tu już rozciąga się w przestrzeni wrzesień.
mogłby być ten sierpień w nieskończoność. taki zanurzony w słońcu, jak był i lekko nudny.
a teraz znowu niedługo będą piękne liście. przebiorą się z zielonego w wielobarwne stroje.
z jesienią kojarzą mi się miłe, grube powieści; jakich dawno nie czytałam. chcę do tego wrócić, do długich spotkań z książką.

ten początek jesieni zaczął się od długich, ciepłych swetrów. od kryminałów, pieczenia. i snucia się czasu (to się akurat nie powinno zdarzyć) dużo trójki. właśnie słucham nowej audycji moniki brodki.
pierwszy odcinek to absolutny smutek. nie podoba mi się. jesieni nie zaczyna się od najsmutniejszych piosenek świata. litości!

kryminały teraz czytam marininę już nawet nie pamiętam kiedy przeczytałam jej pierwszą książkę.
to musiało być kilka historii temu;) okazało się, że dobrze się ją czyta. chociaż jeszcze nie wiem, czy iluzja grzechu mi się podoba. gdzieś tam w tle zostały listy osieckiej i przybory. to niegrzecznie czytać cudze listy, ale tym nie można się oprzeć.  odłozyłam na półkę jeszcze  leonie swann krocząc w ciemności, szkoda, że to nie kontynuacja poprzednich powieści, tęsknie za owcami bardzo.

w kuchni snuje czas codziennie. w kuchni mogłabym pracować. ostatnio upiekłam bułeczki mleczne
do mleka (które pije rzadko, ale one idealnie nadają się też do dżemu). i powstał jeszcze placek drożdżowy z porzeczkami (dobór owoców był jak dla mnie zbyt przypadkowy)
a najmilszym wspomnieniem zeszłego tygodnia były pierogi. pierwsze, własnoręcznie ulepione, które zdecydowanie podniosły moją kulinarną samoocenę. gdyby tylko nie trwało to tak dłuugo.

brakuje mi pisania wierszy. natchnienie gdzieś uciekło. idę do kuchni zrobić coś dobrego na pocieszenie.



środa, 31 sierpnia 2016

we wnętrzu środy

ta płyta Julii Pietruchy zaczyna się od szumu dużej wody. to chyba ocean.
na życie nad oceanem kupiłabym bilet w jedną stronę. choć kojarzy mi się to tylko z wiecznie
splątanymi przez wiatr włosami, to i tak to musi być przyjemne.

odbiłam sobie łzy nad zmarnowanym ciastem. było takich kilka. w poniedziałek zrobiłam cynamonki drożdżowe, do których ciasto cudownie urosło i pięknie się upiekło. słodkie w smaku, nie za twarde. muszę popracować nad stopniem rozwałkowania.
a dziś na obiad pyzy chmurki z sosem śliwkowym smażonym na miodzie i posypanym cynamonem.
żałuje, że tak mało tego sosu zostało. charakteryzuje się on lekką cierpkością i miłym posmakiem miodu. będę go chyba teraz robić do wszystkiego. poza tym zupa ogórkowa i przy okazji zrobiłam masło orzechowe ( przy którym  się odrobinę zagapiłam i trochę za bardzo uprażyłam orzechy. na szczęście nie była to zbiorowa katastrofa, pojedyńcze jednostki odrzuciłam, jako zbyt brązowe i już)
będzie idealne na śniadanie.

a teraz idę pojeździć na rowerze. do lasu. trzeba uczcić ostatni dzień lata.
będę za nim tęsknić, bardzo. teraz na parapecie już wrzosy.


czwartek, 25 sierpnia 2016

sierpniowy czwartek

sierpień taki miły w słońce bogaty. mogłabym być łąką pod sierpniowym niebem. 
 otulona w słońce, przebrana w zielone. nade mną błyszczały by białe obłoki. 
takie proste to byłoby życie. 

w sierpniu wciąż piekę. i właściwie ciągle to samo ciasto ze śliwkami. ostatnio są celebrytkami w mojej kuchni. raz było porzeczkowe. porzeczki były u mnie bardzo intensywnie. na samą myśl o czuje w ustach ten cierpko-słodki smak. przypadkiem udało się uratować dwa kubeczki z działki, reszta nieszczęślwie uschła. ale śliwki są cudowne. chyba moje całkiem pierwsze, pierwsze ciasto było właśnie z nich. 
a tak to pełnia jabłek, kolb kukurydzy często, jeżyn (uwielbiam jeżyny, ale i tak tęsknie za malinami)
od czasu do czasu z mascarpone (mogłabym go jeść łyżkami) z owocami. 
ciągle też pomidory (prezent z działki; funkcjonuje tam instytucja bardzo miłej Pani sąsiadki) 

czytanie ostatnio mi się zacięło. nie sięgam po nic. czekam na wenę do czytania. może wróci. 
za to jestem oczarowana płytą julii pietruchy. bardzo, bardzo dobrze się słucha. właśnie z koncertu w trójce. 


piątek, 12 sierpnia 2016

piątek i lista

moje zwolnione życie trwa. rozciąga się pomiędzy słuchanie, czytanie i pieczenie i gotowanie.
słuchanie miłej trójki, zawsze. to radio chyba płynie mi we krwi. teraz lista przebojów z piotrem baronem, od radia nie można już chcieć więcej. chyba, że Siesty i Marcina Kydryńskiego, właśnie czyta swoją książkę o 11:50 ja ostatnio jestem w domu o tej dziwnej porze, więc słucham. ale wypożyczę ją sobie, chcę jej dotknąć. lubię dotykać książek. 

czytanie tego jest dużo. od maja do teraz przeczytałam 10 książek, nie wiem czy to jest normalne. 
w literach jest jakiś spokój, a ja chłonę spokój, każdy centymetr spokoju. nadrobiłam większość powieści z listy, którą od czasu do czasu aktualizuję. obecna mi się skończyła. to znak będę w końcu spokojna. a więc konsekwetnie poszłam dziś do biblioteki i wypożyczyłam 3 ksiażki:) żeby to było bardziej trwałe uczucie. 

pieczenie to jest radość i udręka jednocześnie. radość, bo uwielbiam smak i zapach masła. lubię dotykać ciasta, nadziewać dróżdżówki. obsypywać kruszonką sezonowe owoce. i patrzeć jak rośnie. 
udręka, kiedy składam sobie nic nie warte obietnice; nigdy więcej nie wejdę do kuchni. ciągle zapominam, że pieczenie bywa kapryśne, każdy taki kaprys, to mój strasznie zepsuty nastrój. 
ukojenie na takie kuchenne nie farty to gotowanie;) pomidorowa z przecierem od Babci, makarony ze wszystkim i niczym i zapiekanki z ziemniaków, we wszystkim cukinia. to jest bardzo interesujące warzywo pasuje do każdego słonego dania. zawsze mam na nią pomysł. 

piątek zapada się w ciemność. wszystko chłodne, ale orzeżwiające. chyba cieszę, że nie ma upału. 



piątek, 22 lipca 2016

zbiór wakacyjny

Gdańsk olśnił mnie słońcem, kiedy wysiadłam z pociągu, błyszczał hojnie rozrzucając promienie.
Ten moment wychodzenia ze środka podróży w innym mieście trwa zawsze tak krótko, ale jest najmilszy z tym "wszystko przede mną".

Całą pierwszą drogę nad morze czułam musujące endorfiny w sercu i brzuchu. Piękne granatowe na powierzchni z białą pianką na piaszczystym brzegu. Chciałam biec prosto w morski brzuch z radości, ale nie za bardzo umiem pływać, więc zostało mi tylko miłe łaskotanie w sercu.

Potem wycieczki po zakątkach miasta tymi mniej znanymi, nie turystycznymi.
Stare Miasto też było hałaśliwe, gwarne i szumiące wieloma językami. Wiele w nim życia, które niezmiennie przyciąga, aż chciałoby się w nim zanurzyć.
Ale najbardziej podoba mi się morze. O morzu chce mi się pisać wszystko wierszem i prozą.
I w ogóle.

Gdynię podpatrywałam przez obiektyw aparatu: ogromne statki. Wiele hałasu i turystów odrobinę za dużo. A i tak chciałabym tam wrócić.
Dzień na Sopot emanował słońcem. Zamiast kolejki podmiejskiej droga wiodła plażą i bryzą morską. Boże, jak mi było dobrze z tym morzem pod nosem!z ciągłym przystawaniem na zdjęcia.
A samo miasto białe swoją architekturą i takie jasne, jakby cały czas się odbijało w bardzo jasnych chmurach. W Sopocie też Radiowy Plac Trójki (poczułam lekkie rozczarowanie, że to tylko tyle, ale sama nie wiem, czego się spodziewałam) zatęskniłam bardzo za ich muzyką. Na wakacjach przeważnie brak radia.
Dzięki drodze powrotnej zdążyłam  opalić  się (słońce nadmorskie w tym roku kapryśne raz zimne raz ciepłe) na niespotykany u mnie zbliżony do brązowego odcień skóry.

Jedzenie to słodkie arbuzy, lody, maliny, kurki. W kolejności dowolnej. Warzywa lśniące czerwone pomidory, młode marchewki, smukłe fasolki i brokuły.
A lody o smaku nieba solonego karmelu.

Nad morzem szumiało. Szumiało mi w sercu.
Plaża po intensywnej ulewie zimna  i szorstka. A i tak miła i piękna z muszelek i kamyków.
Woda piękna, głęboka , granatowa, jej szum jak muzyka. Nie słuchałam muzyki i byłam szczęśliwa.

Wzięłam jedną książkę Botanikę duszy, wróciłam z nieprzeczytaną. Patrzałam na morze, nie miałam czasu na czytanie.