Gdańsk olśnił mnie słońcem, kiedy wysiadłam z pociągu, błyszczał hojnie rozrzucając promienie.
Ten moment wychodzenia ze środka podróży w innym mieście trwa zawsze tak krótko, ale jest najmilszy z tym "wszystko przede mną".
Całą pierwszą drogę nad morze czułam musujące endorfiny w sercu i brzuchu. Piękne granatowe na powierzchni z białą pianką na piaszczystym brzegu. Chciałam biec prosto w morski brzuch z radości, ale nie za bardzo umiem pływać, więc zostało mi tylko miłe łaskotanie w sercu.
Potem wycieczki po zakątkach miasta tymi mniej znanymi, nie turystycznymi.
Stare Miasto też było hałaśliwe, gwarne i szumiące wieloma językami. Wiele w nim życia, które niezmiennie przyciąga, aż chciałoby się w nim zanurzyć.
Ale najbardziej podoba mi się morze. O morzu chce mi się pisać wszystko wierszem i prozą.
I w ogóle.
Gdynię podpatrywałam przez obiektyw aparatu: ogromne statki. Wiele hałasu i turystów odrobinę za dużo. A i tak chciałabym tam wrócić.
Dzień na Sopot emanował słońcem. Zamiast kolejki podmiejskiej droga wiodła plażą i bryzą morską. Boże, jak mi było dobrze z tym morzem pod nosem!z ciągłym przystawaniem na zdjęcia.
A samo miasto białe swoją architekturą i takie jasne, jakby cały czas się odbijało w bardzo jasnych chmurach. W Sopocie też Radiowy Plac Trójki (poczułam lekkie rozczarowanie, że to tylko tyle, ale sama nie wiem, czego się spodziewałam) zatęskniłam bardzo za ich muzyką. Na wakacjach przeważnie brak radia.
Dzięki drodze powrotnej zdążyłam opalić się (słońce nadmorskie w tym roku kapryśne raz zimne raz ciepłe) na niespotykany u mnie zbliżony do brązowego odcień skóry.
Jedzenie to słodkie arbuzy, lody, maliny, kurki. W kolejności dowolnej. Warzywa lśniące czerwone pomidory, młode marchewki, smukłe fasolki i brokuły.
A lody o smaku nieba solonego karmelu.
Nad morzem szumiało. Szumiało mi w sercu.
Plaża po intensywnej ulewie zimna i szorstka. A i tak miła i piękna z muszelek i kamyków.
Woda piękna, głęboka , granatowa, jej szum jak muzyka. Nie słuchałam muzyki i byłam szczęśliwa.
Wzięłam jedną książkę Botanikę duszy, wróciłam z nieprzeczytaną. Patrzałam na morze, nie miałam czasu na czytanie.
piątek, 22 lipca 2016
środa, 29 czerwca 2016
w środku
lato wielu pięknych aktów. znowu niebieskie, znowu lekkie białe i złote.
pachnie owocami i warzywami. wypełnione kadrami do zapamiętania na dłużej.
rano na trójce bosko! Piotr Baron uwielbiam każdą muzykę jaką nadaje i jak o niej mówi.
w kuchni na okrągło to samo koper, rzodkiewki i ogórki. zupy jarzynowe, drugie dania warzywne.
wszystko zielono- zielone. chrupiące i młode. dziś po młodej zupie, będą serwowane leniwe pierogi.
a na deser bób, czekałam na niego bardzo, taki letni i pachnący zielonym.
w książkach Stryjeńska, której jeszcze połowa mi została. to dobra lektura, czasem bardziej wartka, czasem mniej, ale chce się ją dokończyć.
w literach wiersz, nie każdy udany, ale powolnie dojrzewają.
Nogaś dziś w Do południa opowiadał o listach Tove Jansson, myślę, że to będzie moja następna lektura. podobna była bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi, chętnie bym się przyjrzała z bliska jej codzienności.
pachnie owocami i warzywami. wypełnione kadrami do zapamiętania na dłużej.
rano na trójce bosko! Piotr Baron uwielbiam każdą muzykę jaką nadaje i jak o niej mówi.
w kuchni na okrągło to samo koper, rzodkiewki i ogórki. zupy jarzynowe, drugie dania warzywne.
wszystko zielono- zielone. chrupiące i młode. dziś po młodej zupie, będą serwowane leniwe pierogi.
a na deser bób, czekałam na niego bardzo, taki letni i pachnący zielonym.
w książkach Stryjeńska, której jeszcze połowa mi została. to dobra lektura, czasem bardziej wartka, czasem mniej, ale chce się ją dokończyć.
w literach wiersz, nie każdy udany, ale powolnie dojrzewają.
Nogaś dziś w Do południa opowiadał o listach Tove Jansson, myślę, że to będzie moja następna lektura. podobna była bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi, chętnie bym się przyjrzała z bliska jej codzienności.
niedziela, 26 czerwca 2016
w weekend
lato rozbłyszczało się w sobotę jak najbardziej złota ze wszystkich kul. ozłociło chyba wszystko, padało na zieleń wydobywając z niej najpiękniejsze tony, zachowywało się trochę jak dziecko, które ciągle chce być w centrum uwagi. to był piękny dzień na picie wody z nieskończoną ilością cytryny i mięty. z przyjemnością o tym myślę w tą chłodną niedzielę.
w sobotę celebrowałam spokój istnienia usiłując jednocześnie nie dopuszczać do siebie myśli, że ta złota kula emituje zwykły upał i jestem na granicy rozpłynięcia się. nie negując tych kilku zdań powyżej. mój spokój rozchwiał się i ostatecznie upadł w zderzeniu z meczem. polsko- szwajcarski pojedynek zakończony tak pięknym finałem wzruszył mnie. a kiedyś wśród rzeczy, które mnie wzruszają na pewno nie wymieniłabym meczu. muszę sobie przemyśleć tą listę jeszcze raz.
chłodna niedziela znowu okraszona spokojem. udekorowana książką cały czas Stryjeńska.
będę ją czytać przy kolacji- absolutnie najlepsze połączenie jedzenie i czytanie. od zawsze to dobrze na mnie wpływa. w mojej krwi na pewno płyną litery. jestem absolutnym, nieuleczalnym molem książkowym. kocham wszystkie książki jeśli tylko są na mnie w stanie wywrzeć wrażenie. przywiązuje się do autorów, serii, nie lubię ostatnich stron w powieściach. i nic tak nie przyciąga mojego wzroku jak półki z książkami.
reszta potem.
piątek, 24 czerwca 2016
o piątku parnym
po inauguracji lato wybuchnęło z wielkim entuzjazmem. słońce rozprażyło się i napuszyło do monumentalnych rozmiarów prawie boga. pierwsza kawa z lodem dziś była, smakowała jak woda z kawą z ale najważniejsze, że odrobinę ochłodziła. w ogóle ochłoda to brzmi pięknie i tęsknie.
w kuchni brakuje mi tylko bobu, którego ciągle zapominam kupić i spoglądam coraz częściej w stronę malin w warzywniaku. chce mi się ich bardzo.
oddałam nesbo do biblioteki jednocześnie wypożyczając dwa nowe kryminały. to był taki odruch bezwarunkowy. pożegnałam też poniedziałkowe dzieci, nie lubię oddawać niedokończonych książek, ale w tej było coś tak bardzo smutnego, że nie mogłam jej dłużej czytać. A poza tym czeka na mnie jeszcze Stryjeńska, chyba wolę ją.
muzyki jest jakby mniej ostatnio; w tle przeplatają się tylko ulubione audycje z trójki i to wszystko.
poza tym lubię słuchać często tego samego i to wprowadza w moją listę przebojów spokój i przewidywalność, którą można z przyjemnością burzyć.
słuchałam dziś Dawida P lubię jak śpiewa, ta płyta jest lekko melodramatyczna, ale nie ma w tym nic męczącego. męczący był tylko regularnie zacinający się odtwarzacz.
wracam do kuchni zrobić herbatę miętową i sprawdzić co tam w radiu mówią.
mam nadzieję, że w końcu przestaną męczyć wielką brytanie. biedni brytyjczycy zostali chyba odmieni przez wszystkie przypadki.
piątku i tak miło, że jesteś. najważniejsze jest przecież zapamiętywanie tych dobrych wycinków dnia, a nie tych, które wywołują głęboki niesmak.
wtorek, 21 czerwca 2016
z wtorku
mała radość w pierwszy dzień lata. w kuchni nadal pachną truskawki, koper we wszystkim w zupie i na kanapkach. bez kopru moje życie kuchenne nie miałoby sensu. zrobiłam trzecie ogórki małosolne
(sprawdzałam w warzywniaku, czy ładnie pachną, powinny wyjść) bez ogórków to już byłaby prawdziwa tragedia. nie lubię tragedii dlatego łączę ogórki i koper.
jeszcze większa kuchenna radość z wczoraj drożdżówek z serem, mam do tego przepisu tylko dwa zastrzeżenia: ser jest stanowczo za słodki i składanie każdej z nich w klasyczną kopertę jest lekko irytujące. następne jakie zrobię będą zwijane w ślimaka. a przepis z cukierni lidla.
a książki nadal nesbo i poniedziałkowe dzieci. sprawdzałam urodziłam się w piątek, będę mniej nieszczęśliwa. czytanie ich prawie jednocześnie to jak przeskakiwanie z letniej pogody do chłodnej zimy. w ogóle czerwiec jest rekordowy pod względem ilości książek, mam już od tego lekki zawrót głowy.
żeby to było chociaż piękne lato.
sobota, 18 czerwca 2016
w sobotę
w piątek lista w tle czytania książki, dosłownie. za każdym razem się przekonuję, że czytanie i słuchanie muzyki się ze sobą nie łączy. jednak mam jednorodną uwagę. czytałam nesbo krew na śniegu (do tego jeszcze mógłby być slipknot w tle albo inny zespół z rodzaju tych nieprzyjemnych)
i z każdym zdaniem bałam się coraz bardziej wyobraźni autora. On potrafi być naprawdę straszny, nie wiem skąd mu się to bierze. chociaż dom krwi macbride był jeszcze gorszy, aż (nie to jest absurdalne jeśli się tą książkę przeczyta) chciałoby się przejść na wegetarianizm.
dobre straszne książki pozwalają genialnie odciąć się od różnych bóli w sercu. moje serce najlepiej uspokaja się literami.
sobota jest leniwa, powolna i taka stworzona do uspokajania się po gorzkim tygodniu, on naprawdę był w smaku gorszy niż czekolada ze 100 % zawartością kakao. czekolada po prostu musi być słodka, inaczej zostają jej odebrane wszystkie cudowne właściwości.
gorzki smak tych pięciu dni na długo zostanie mi w ustach. zjadłabym maliny na poprawę nastroju, chociaż one są znowu dla mnie są bardzo nieprzyzwoite. ale czy to źle? najpiękniejsze erotyki jakie przeczytałam w życiu miały w tle właśnie maliny. a leśmian nie mógł się mylić.
w tym tygodniu z wariantów kuchennych zrobiłam tylko raz pyzy drożdżowe oraz szarlotkę, z której najmniej podobała mi się jej wysokość kaprysu(!) wierzchnia piana z białek, która w zamyśle miała przypominać bezę, ale piekarnik się uparł, że nie. w piekarnikach jest jakaś doza złośliwości. ale na pocieszenie kruchy spód był przyjemny i pachniał i smakował masłem. wszystko się we mnie buntuje przeciwko dodawaniu margaryny do ciasta.
sobota piękna z gładkim niebem przecinanym lekko rozmazanymi obłokami.
poniedziałek, 13 czerwca 2016
na czerwiec
W weekend nic nie ugotowałam oprócz klasycznej wody na herbatę. Jadłam truskawki i to wszystko.
Przyjemne dla języka było jeszcze łamanie palcami bezy z sernika. Czasem piana z białek ma fanaberie i nie chce wyjść albo drastycznie zapada się w sobie. A ta jest idealnym dopełnieniem dla kruchego spodu i lekkiej pianki serowej, która sama w sobie zawsze wydaje mi się odrobinę kwaśna. Ale może ja mam dziwne kubki smakowe.
Było mało muzyki w tym weekendzie, Siesta mi gdzieś się zagubiła. A teraz i tak wszystko czego słucham jest albo za ciężkie, albo zbyt lekkie. I mi się te melodie gubią i tworzą hałas.
Burzy się pogoda na taką burzącą się pogodę najlepsza jest czarna herbata (popołudniu) i książka.
Z książek będę czytać na przemiennie Poniedziałkowe dzieci i Stryjeńską Angeliki Kuźniak- słyszałam ją na trójce we fragmentach. I od tego czasu zaczęła kiełkować we mnie chęć by sięgnąć po papierową wersję. Przypadkiem była w bibliotece jeszcze nowa, piękna i pachnąca literami wydrukowanymi na 80 g papierze. Chciałabym mieć perfumy o zapachu nowej książki.
Zburzyła się pogoda, wracam do herbaty i szukania piosenek jednak jakiś miłych na początek lata.
Subskrybuj:
Posty (Atom)