piątek, 10 czerwca 2016

wszystko zielone



Tydzień obfitujący w jedzenie truskawek, słuchanie trójki i czytanie. jak zwykle za dużo czytania, ale, że czytanie pomaga na wszystkie bóle świata, nie mogłam bym tak po prostu mu się oprzeć.
tym bardziej, że mój kot miał w tym tygodniu ciągłe dni obrażania się na świat i nie można na nim było polegać w kwestii kototerapii. Sam wyglądał jakby potrzebował więcej kawy, te poranki wszystkie pięć były bardzo senne.

najbardziej jasną i zieloną godziną tego tygodnia miał wtorek, pod wpływem impulsu zaprosiłam się do ogrodu botanicznego. przystawałam sobie przy każdym zielonym, patrzałam na zielone przez słońce. bardzo chciałam złote i zieleń ze sobą połączyć, jak na luźne chcenie;) wyszło ładnie.
było w tym robieniu zdjęć coś radosnego, a ja teraz  zauważam każdą małą radość. dodaję ją sobie do wcześniejszej i mam ich odrobinę więcej. 







poniedziałek, 6 czerwca 2016

w złotej kuli czerwca

Jest złoty początek czerwca, a ja ciągle jeszcze nie jeździłam na rowerze. A to jest taka radość, może dlatego, że ostatnio jest tej radości we mnie mniej. Tymczasem złotowłosy czerwiec będzie rozkwitać i myślę, że ta radość rowerowania dojrzeje. Teraz przecież wszystko dojrzewa.

Oddałam do biblioteki Dzienniki Twardocha. Czuje się teraz cudownie wypełniona mądrymi zdaniami. Układam je sobie w pamięci dla długiego pamiętania. I przypominania.
Kilka cytatów zapisałam sobie, żeby od czasu do czasu do nich wrócić. Była to genialna uczta literacka czasem ciężka i gorzka w swoich trudnych zdaniach, a czasem zwykła, codzienna, jak wycięta z każdego dnia.
Ale nie zostałam z pustymi rękami.

Jako, że niedziela miała w sobie deszcz, który wylewała na świat w nierównych odstępach czasu, upiekłam ciasto. Ciasto jest najlepsze na deszczową pogodę, szczególnie szarlotka. Bardzo zresztą lubię wyjadać potem mus jabłkowy, który zostaje na dnie w słoiku, a to była taka niedziela, że zjedzenie go było jedynym rozwiązaniem dla poprawy nastroju. Te jabłka smakują jak złoty miód.

A poza tym jem truskawki codziennie. Od piątkowego wieczora w kuchni pachnie ogórkami małosolnymi (żadne kupione w warzywniaku tak bosko nie smakują) co oznacza, że zaczęło się naprawdę lato:)

Tymczasem zamieniam elektroniczne litery na papierowe i miseczkę obmawianych truskawek:)





czwartek, 2 czerwca 2016

w tle czerwca

Nie mogę przestać myśleć o gotowaniu. Z tego myślenia zawsze mi wychodzi wchodzenie do kuchni. Choć ostatnio codziennie kupuję kg truskawek  i jem je posypane cukrem, to nie jest jakaś wielka kuchnia, ale sprawia największą przyjemność. To jednak końcówka maja pachniała na przemiennie
bułeczkami pszennymi i focaccią. Do spróbowania przepisu na tą ostatnią zainspirował mnie przepis na zwykła kaszę z młodą kapustą. Przepis na kaszę i młodą białogłową kapustę (z ksiażki qmam kasze) brzmiał tak: ,, ... podaję posypaną świeżym koperkiem, czasem ze świeżą focaccią orkiszowo- jaglaną smakuje bosko, świeżo i delikatnie".
Cóż sama focaccia mnie nie rozczarowała, ale ja ją chyba tak. Zapomniałam (tak to jest kiedy przepisy, z których się będzie korzystało zapisuje się na małych karteczkach;) ją ponakłuwać widelcem i w ogóle i wyszła taka puchata. Na drugi raz będę wobec niej bardziej brutalna;)
Znowu bułeczkom lekko się stwardniało w piekarniku, no to nie jest najbardziej pożądany efekt, gdy coś ma być po prostu chrupiące.

A literacko zbliżam się dramatycznie nieubłagalnie do końca dzienników Twardocha. Teraz czytam go znacznie wolniej. Na pocieszenie wracam do kuchni na zupę z młodą botwinką i jajkiem.




niedziela, 29 maja 2016

końcówki maja

to był tydzień zanurzania się w kuchni. patrzenia na łamiące się na wszystkim senne pasma słońca.
w środę piekłam znowu drożdżowe w podwójnej ilości. kruszyłam sobie te drożdże do kubka z ciepłym mlekiem i byłam zupełnie szczęśliwa. pierwsze były brioche z rodzynkami w środku. następnym razem dodam więcej rodzynek. tak ładnie się piekły, że aż się wzruszyłam.
następne rumieniły się w piekarniku bułeczki angielskie do konfitur. a jak potem pachniało pomieszkałam sobie przez chwilę w tym zapachu.
Z małych, dobrych rzeczy oglądanie parku z kłującym słońcem i lekką jak chmurka burzą.
Obfotografowałam go sobie od wewnętrznej strony liści są piękne. Patrzyłam na zielone iglaste
i zapamiętywałam każdą miłą sekundę tego oglądania. Na deser było czytanie na ławce.

A czwartek miał pewną chmurzastą melancholię w sobie. wyszłam na oglądanie i dotykanie maków. czerwone delikatne płatki w oceanie trawy. tak to wyglądało, jakby to jakiś malarz wymyślił. A na wieczór kaprys się w słońcu odezwał i wyszło trochę poświecić.

w piątek słuchałam lp3 porannej za to wieczorem listy nie, bo byłam zajęta piciem kakao z łusek kakaowca i jedzeniem do tego rogalików krucho- drożdżowych.
rano znowu robiłam ciasto drożdżowe na pyzy gotowane na parowej chmurce polewając je obficie konfiturą, która została po bułeczkach. Konfitura się wykończyła, na szczęście bułeczki jeszcze zostały, zaraz je będę jadła na deser.
popołudnie było parne, dopiero jak się weszło do parku gdzieś to znikało. na tą parną okoliczność kupiłam sobie kombinezon, w pierwszej chwili myślałam, że to po prostu krótka sukienka w kwiatki, ale nie i bardzo dobrze, będzie się nadawał na rower:)

sobota kojarzy mi się z zapachem gazety, więc kupiłam sobie w środę duży format i leży nadal nie przeczytany, bo literacka nadal jestem w wielorybach i ćmach. okazuje się, że gazeta to już za wiele.

teraz siesta na trójce, pełna tryptyków, jak zwykle. Kydryński błyskotliwy również jak zwykle.
w sieście jest magiczna, nie wytłumaczalna synchronizacja między moimi nastrojami muzycznymi a nadawanymi piosenkami. uwielbiam to. i mogłabym rozwodzić się nad tym godzinami, ale nie mam aż tyle tych godzin.
niedziela w końcu zaczęła pachnieć truskawkami, smakować słodko-cierpko. to pierwsze w tym roku. p i e r w s z e literuje sobie to słowo z radością, że będą pachniały jeszcze w domu.



wtorek, 24 maja 2016

we wtorku

w Wielorybach i Ćmach jest jakaś melancholia jesienna. Ten Dziennik dobrze by się czytało w oparach późnolistopadowego słońca. A dziś z otwartego balkonu cały dzień pachnie deszczem.
Deszczem takim letnim, gorącym i lepkim. W listopadzie deszcz jest kłujący, zimny i szary.
Dokładnie w tej kolejności, taki katalog wrażeń.

Strasznie przeżywam te dzienniki, ale dawno tak nic mi się nie podobało (oprócz pisania Cabre, ale on jest doskonały i kropka) ze strony 107 taki cytat:
,, Jako absolutny ekstrawertyk z bezsilną zazdrością podziwiam milczenie introwertyków, wydaje mi się szlachetniejsze, mam zawsze w konfrontacji z introwertyzmem poczucie własnej niezręczności, hałaśliwości, niestosownego obnażania się w każdym słowie i geście, jakbym nie potrafił jeść nożem i widelcem, i zasiadał do wytwornej kolacji w eleganckim towarzystwie".

Jako absolutny introwertyk czasem odbieram swoje przywiązanie do ciszy, jako nadmierne.
A ilość wypowiadanych słów minimalizowałabym nieustannie. W konfrontacji z ekstrawertykiem czuje, że to moje milczenie to jest niezręczność przyprawiona nie taktem, co wcale nie pomaga, wręcz przeciwnie, zapętlam się w tym milczeniu jeszcze bardziej. I czuje to obustronne zażenowanie.
A tak na to się patrzy z drugiej strony.

Niezależnie od wszystkiego mój organizm syci się dobrymi literami. Poza przyjemnie cierpkim ciastem z rabarbarem i innymi majowymi kuchennymi dobrociami.

poniedziałek, 23 maja 2016

majów moich wielokrotność

maj w końcu rozpromienił się, rozświecił. tęskniłam za tą promienną złocista kulą słońca.
zaczyna już lekko parzyć, ale i tak chciałam żeby już była. jak zawsze.
w niedzielę opalał się nawet mój kot robiąc wywrotki na balkonie, tak żeby futerko z każdego boczku się ogrzało. to było takie miłe patrzeć jaki jest szczęśliwy.

maj smakuje rzodkiewką i wszystkim nowym warzywnym. młodym i chrupiącym.
lubię lekko palący w język smak rzodkiewki zjadam ją  prawie do wszystkiego. do tego
zielony chłodny ogórek. marzą mi się już małosolne, nie mogę się doczekać poczucia tego słonego
smaku. ogórki małosolne wywołują mnie wręcz ekstatyczne uczucia, nie wiem czy to zdrowe.

w książkach mam szczęście. mam pełne ręce dobrych książek. nie jestem samotna mam tyle dobrych liter koło siebie. Im bardziej czytam Wieloryby i Ćmy tym wyżej na mojej liści jest Twardoch.
to dobra lektura, ładnie zbudowane zdanie i nie ciągnie mi się ten dziennik, nie męczę się przy nim.
dobry przykład rozwija, prawda? a mnie się najbardziej chce literacko rozwijać ostatnio.

więc kończę, bo będę zajęta wyjadaniem młodej, kwaśnej, pysznej kapusty kiszonej;)






czwartek, 19 maja 2016

czwartkiem poetyckim

włosy prześwietlone światłem wirują w powietrzu
unoszone podmuchami

trzymam w dłoniach wianek z kwiatów
by wplątać go we włosy

to światło łamiące się na pojedynczych pasmach
unoszone podmuchami wprost do Twych ust

trzymam w dłoniach wianek z kwiatów
z czerwonych płatków w odcieniu warg

to światło łamie się na konturach warg
uniesionych blisko cienia Twych ust

nabrzmiałe od dotyku słońce
gaśnie i opada w czarną ziemię

Wreszcie litery stają się posłuszne na dotyk palców. Można im coś kazać, przestawiać i sprawiać
że nabierają znaczenia. Litery nabrzmiałe od dotyku zamieniają się w wiersz, bo w nich też płynie krew. Krew w literach jest niebieska, one są królewskie. One są elitarne. Czasem niewolniczo poddańcze wenie, nadają się do głaskania. Potem znowu i znowu zimne, aż ręce marzną, nie można ich rozpuścić. Biorę je w dłonie, a one tylko kruszą się jak lód. I nic to wtedy jest tak jakby stać na środku zamarzniętego jeziora i nie móc krzyczeć ani biec.
Dziś są dobre, słucham Laterns on the Lake i one też słyszą i pozwalają się pisać.