w poniedziałek improwizowałam w kuchni i wyszła mi z tego pochwała ciasta drożdżowego.
najprostsze historie, trochę dobrej muzyki w tle, dotyku, drożdży i mąki i powstały pyzy drożdżowe.
dotąd twierdziłam, że ciasto drożdżowe nie jest dla mnie, że się nie polubimy, ale pierwsze spotkanie zmieniło mój stosunek do niego. Pierwsze były racuchy, potem następne i okazało się, że zaczynamy pasować do siebie. A teraz te piękne lekkie pyzy, będzie z tego coś na dłużej. Prawdopodobnie to związek długodystansowy, tak na to sobie liczę. A jak one zachwycająco pachną, sama radość.
zjadłam wczoraj ostatnie okruchy szarlotki, z poczuciem, ze taka piękna mogła mi się przydarzyć
raz jedyny... porzucając jednak wrodzoną surowość wobec swoich wypieków, mam nadzieję na rysującą się w jasnych barwach przyszłość.
od poniedziałku też wypełnia mnie literacka radość, literuję sobie ją ze słodką powolnością.
trochę mi się tych książek nazbierało. w sumie mogłabym czytać od rana do późnego wieczora.
dziennik Twardocha jest pierwszy Wieloryby i ćmy. Wydrukowany na papierze Ecco Book Cream 80 g vol. 2,0 to bardzo przyjemny w dotyku papier i ładnie pachnie. a poza tym czytanie dobrego słowa podnosi jakość własnego.
a w formie doczytania Jorn Lier Horst Psy gończe. To nie tak, że to zapychacz czasoprzestrzeni, ja lubię kryminały. A ten zaczyna się od opisu deszczowej pogody, idealna synchronizacja z tym co za oknem.
środa, 18 maja 2016
niedziela, 15 maja 2016
Niedzielne wszystko
tli się we mnie dumna z mojej niedzielnej szarlotki. to nie oczywiste!
mojemu pieczeniu najczęściej towarzyszy lekkie szaleństwo i trochę improwizacji.
czasem ciasto się obraża i nie wychodzi.
Kiedy wyjęłam ją z piekarnika była piękna: kruchy spód, lekki jak chmurka mus z jabłek a to okryte pianą z białek z kruszonką. I taką ją chciałam zjeść:)
niedziela jest muzyką siestą a później Lou Doillon żeby nie zepsuć czegoś w tym obrazie.
kolekcjonuję sobie takie miłe wrażanie, do zapamiętania.
sobota, 14 maja 2016
Soboty wiele
sobota jest po to by być powolną. powolną i bezproduktywną, no przecież przymierzanie butów, to nie stanie przy taśmie w fabryce, prawda? ale w przypływie dobroci dla moich stóp wybrałam takie, które chyba będą wygodne (z butami to nigdy nic nie wiadomo) nie ważne, że wydałam na nie, moje prawie ostatnie zapracowane pieniądze. no musiałam ich jeszcze trochę zostawić, w razie skrajnej depresji i smutku, kiedy będę musiała kupić książkę...
potem rytualna kawa (o zgrozo, w kawiarni nie wiedzą, że po prostu nie! nie cierpię kawy z zimnym
mlekiem) ale ostatecznie moje uwielbienie dla kofeiny przeważyło. przymknęłam oko na mleko.
za to nie przeczytałam dziś słówka,ale jeszcze jest wczesny wieczór, więc może to nadrobię, chociaż nadal szukam dobrej lektury. Gdybym miała sobie zdefiniować dobrą lekturą byłaby powieścią bez nadmiernie rozciągniętej przez fabułę melancholii. ostatnio skończyłam Jaśnie Pana Cabre. pozostaje pod nieustającym wrażeniem jego wyobraźni. czasem robi mi się wręcz przykro, że przeczytałam Wyznaję, bo to najwspanialszy czytelniczy prezent, jaki mogłam dostać w życiu. A wracając do Jaśnie Pana przez cały czas czytania tej książki czułam się jakbym miała w ustach gorzką czekoladę, ale jednak to czekolada z dużą ilością kakao w składzie.
teraz czas na owinięcie się w kołdrę, nastawienie płyty Dawida P. i celebrowanie wieczoru bezproduktywnej soboty żeby dobrze nastawić się na niedzielę.
piątek, 13 maja 2016
w trzynasty dzień miesiąca
Piątki rano są słodkie jak cukierki czekoladowe. A dziś jeszcze słońce, chce się tym słońcem otulić, tak na wszelki wypadek, na chmurne dni. Na zapas.
Kawa, gdzieś w tle muzyka, w ogóle piątek to dzień muzyki (przecież lista przebojów na trójce). Lista Trójki leży na mapie mojej nadwrażliwości muzycznej. Są takie gatunki muzyczne i stacje muzyczne, które bez żalu zrzuciłabym w czarną dziurę.Na mojej skromnej mapie, po prostu brak dla nich miejsca. Bywa to męczące dla innych ludzi, ale nic nie mogę z tym zrobić.
Tak mi jest mało poetycko, zbliżyłam się ostatnio do rzeczywistości aż za mocno. Takie zbliżenia powodują brak natchnienia. W poezji natchnienie musi być. Prozy się dopiero uczę, po cichu liczę, że coś z tej nauki będzie dobrego.
Nie boję się 13 piątku miesiąca, ja już limit nieszczęść wyczerpałam wcześniej. Po prostu chciałabym teraz spokoju, trochę liter, trochę czytania, niczego specjalnego. Jak chciałam czegoś specjalnego, to się nie dobrze kończyło. A ja już mam dość końców. Teraz muszę sobie znaleźć miły początek.
Kawa, gdzieś w tle muzyka, w ogóle piątek to dzień muzyki (przecież lista przebojów na trójce). Lista Trójki leży na mapie mojej nadwrażliwości muzycznej. Są takie gatunki muzyczne i stacje muzyczne, które bez żalu zrzuciłabym w czarną dziurę.Na mojej skromnej mapie, po prostu brak dla nich miejsca. Bywa to męczące dla innych ludzi, ale nic nie mogę z tym zrobić.
Tak mi jest mało poetycko, zbliżyłam się ostatnio do rzeczywistości aż za mocno. Takie zbliżenia powodują brak natchnienia. W poezji natchnienie musi być. Prozy się dopiero uczę, po cichu liczę, że coś z tej nauki będzie dobrego.
Nie boję się 13 piątku miesiąca, ja już limit nieszczęść wyczerpałam wcześniej. Po prostu chciałabym teraz spokoju, trochę liter, trochę czytania, niczego specjalnego. Jak chciałam czegoś specjalnego, to się nie dobrze kończyło. A ja już mam dość końców. Teraz muszę sobie znaleźć miły początek.
czwartek, 12 maja 2016
Kadr dnia pisanie palcem
Znowu jestem gdzieś wewnątrz upływu czasu. Może go w ten sposób trwonię, tylko na niego patrząc, nie parząc sobie rano ust kawą. A jak wiadomo najlepsza kawa to jest ta, którą pije się powoli. Indywidualnie, bez nie dobrych kanapek z dżemem. Coś jest nie tak z tymi kanapkami po 6-tej rano, one zawsze są nie dobre. Teraz śniadanie jem później, ale to też przecież nie dobrze, bo trwonię czas.
A dzisiaj po 13 jak zwykle na trójce trzy wymiary gitary, a ja stałam tyłem do radia i obierałam ze skorupek orzechy arachidowe.Będzie wytworne masło orzechowe w słoiczku z naklejką po konfiturach śliwowych. Masło orzechowe idealnie nadaje się do wyjadania go palcem ze słoiczka pod koniec.
Kontempluje też rozzielenie się świata. Na ogół zielone za oknem mnie nie interesowało. W tą wiosnę czułam się jakbym stała przy nim przez cały czas dojrzewania. Czułam jak ziemia pulsuje zielonym, jak z czarnego rodzi się życie. Tak bym chciała to życie garściami mieć. Zachować i trzymać.
Kontempluje też rozzielenie się świata. Na ogół zielone za oknem mnie nie interesowało. W tą wiosnę czułam się jakbym stała przy nim przez cały czas dojrzewania. Czułam jak ziemia pulsuje zielonym, jak z czarnego rodzi się życie. Tak bym chciała to życie garściami mieć. Zachować i trzymać.
A między myślami o zielonym strzępy wierszy, denerwuje mnie to. Gdzie moje pisanie?!tak jakby stało się zbyt wymagające prowadzenie długopisu po kratkowanym papierze. I wściekanie się we mnie burzy i tupanie nogą, że nie wychodzi. Na razie nie rzucam papierem.
Zaginam rogi książek. Czytam, ale jakbym nie czytała. Wszystko dzieje się jakby obok mnie.
Myślę o czytaniu, tak mi się jakoś gorzko robi, kiedy trwonię czas i nie czytam. Obiecałam sobie mądre książki też. Że nie będę obojętnie ich mijać. Jeszcze się obrażą.
Na biurku opowiadania Wiśniewskiego (w których aż kipi od melancholii) opierają się o Drach Twardocha (znowu On osadzony w najczarniejszej rzeczywistości, czasem się Go boję) więc nie czytam żadnego. Każdy uwiera na swój sposób.
Teraz wieczór się zrobił z tego pisania, słucham Smolika, bo wydaje mi się, że nie jest smutny.
Poza tym z niczym mi się nie kojarzy, ostatnio każde skojarzenie, wywołuje westchnienie wagi słonia.
Teraz wieczór się zrobił z tego pisania, słucham Smolika, bo wydaje mi się, że nie jest smutny.
Poza tym z niczym mi się nie kojarzy, ostatnio każde skojarzenie, wywołuje westchnienie wagi słonia.
czwartek, 10 marca 2016
Kadr dnia: wiersz
znowu tu jestem w bliskości ze słowem
znowu tu jestem w słowach
biegnę wprost w tę dolinę
anachroniczną
prastarą
przebrzmiałą
znowu tu jestem pełna słów
na skraju palców litery
anachroniczne
przebrzmiałe
przebrzmiałe
to dolina przestrzenna
gdzie serce moje zakorzenione
rośnie wspina się aż do ziemi
znowu jestem tu
znowu jestem tu
rosnę słowem
rosnę
w słowie
zakorzeniona w
prehistorii
to dolina gdzie
słów urodzaj anachroniczny
gdzie wszystkie rosną w ziemi
zielonej
gdzie wszystkie rosną w ziemi
zielonej
p.s. wróciłam do korzeni. wróciłam do wierszy.
niedziela, 13 września 2015
Kadr dnia
Niedziela tak jak lubię najbardziej dzisiaj mi się nadarzyła. Siesta w głośnikach (nic mnie tak nie relaksuje jak głos Marcina Kydryńskiego, ale przede wszystkim tu chodzi o muzykę!) bez pośpiechu, wszystko jak w zwolnionym filmie. Bez potrzeby przyspieszania fabuły. Tu wszystko się dzieje, ale stać nie musi.
Gdzieś cichutko we krwi krąży mi wiersz, czuje że dojrzewa, ale nie wiem jeszcze o czym będzie.
Bardziej z namysłem piszę, czasem drążę jeden motyw długo i wcale mi się nie spieszy.
Nie musi, mogę się zatrzymywać przy jednym obrazie na nieskończenie długi czas. Jestem tu sama tylko ja i słowo. Czasem nie dotykam niczego. Dzisiaj tylko głaszczę litery po brzegach.
Słońce przestało parzyć, nareszcie grzeje, po prostu. Takie je lubię najbardziej. Na wyciągniecie ręki ciepłe futro kota.
Paradoksalnie za to ten krzyczący we mnie brak czasu, nie przeszkadza w pochłanianiu kolejnych książek. Ale one są jak tlen, a przecież oddychanie to funkcja podtrzymująca życie, czyż nie?
Podobno czytanie zmniejsza stres, więc tym bardziej należy się temu uzdrawiającemu zajęciu oddać;)
Ale teraz nie myślę o zegarze, ani minutach, które są jak karuzela w Wesołym Miasteczku pędzą bezustannie w sobie tylko znany kierunku.
Wykrawam z rzeczywistości chwile powolne i zaczynam być w tym coraz lepsza, to fascynujące zajęcie wykradać je z czasu. Takie mini pocztówki do kolekcji.
Jeszcze spokój tli się w powietrzu, czas zajrzeć co tam słychać u papierowych przyjaciół:)
Gdzieś cichutko we krwi krąży mi wiersz, czuje że dojrzewa, ale nie wiem jeszcze o czym będzie.
Bardziej z namysłem piszę, czasem drążę jeden motyw długo i wcale mi się nie spieszy.
Nie musi, mogę się zatrzymywać przy jednym obrazie na nieskończenie długi czas. Jestem tu sama tylko ja i słowo. Czasem nie dotykam niczego. Dzisiaj tylko głaszczę litery po brzegach.
Słońce przestało parzyć, nareszcie grzeje, po prostu. Takie je lubię najbardziej. Na wyciągniecie ręki ciepłe futro kota.
Paradoksalnie za to ten krzyczący we mnie brak czasu, nie przeszkadza w pochłanianiu kolejnych książek. Ale one są jak tlen, a przecież oddychanie to funkcja podtrzymująca życie, czyż nie?
Podobno czytanie zmniejsza stres, więc tym bardziej należy się temu uzdrawiającemu zajęciu oddać;)
Ale teraz nie myślę o zegarze, ani minutach, które są jak karuzela w Wesołym Miasteczku pędzą bezustannie w sobie tylko znany kierunku.
Wykrawam z rzeczywistości chwile powolne i zaczynam być w tym coraz lepsza, to fascynujące zajęcie wykradać je z czasu. Takie mini pocztówki do kolekcji.
Jeszcze spokój tli się w powietrzu, czas zajrzeć co tam słychać u papierowych przyjaciół:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)