Zaglądam znów do biblioteki i pytam o Alice Munro, zupełnym przypadkiem w moje ręce trafia tom opowiadań: Zbyt wiele szczęścia. Jest to okoliczność przynosząca czytelniczą satysfakcję. Poza tym Munro
podobała mi się od pierwszego usłyszenia na Trójce (chyba jeszcze przed ogłoszeniem, że dostała Nobla, czytali fragmenty opowiadań) to musiało się skończyć dotknięciem papierowej książki (jestem tradycjonalistką w tej dziedzinie, książka nie może być elektroniczna, bo nie jest wtedy prawdziwa)
spokojnym oswajaniem się ze stylem autorki, jej pomysłami na literaturę.
Rzadko sięgam po Noblistów (nie wiem, co w nich jest, ale są zbyt poważni, zbyt w każdej kategorii)
na ogół jest nam do siebie daleko. Z Munro było inaczej, podoba mi się jak pisze, jak operuje słowem, nie udziwniając niczego, nie szukając ciężki, coraz cięższych tematów, od których mózg mola książkowego się spala;) ona pisze tak po prostu, jakby siedziała na ławce w parku i opisywała zastaną rzeczywistość.
Też tak chce pisać! W jej prostocie jest jakiś pierwiastek genialności.
Tematycznie oczywiście bliska, jak mogłaby by nie być skoro pisze o kobietach. Ich postacie są intensywne, takie, które jakoś samoistnie się zapamiętuje, które przychodzą do głowy (kiedy myślę o przeczytanych książkach). Jest w tym odkrywaniu kolejnych bohaterek (wybaczcie kolokwializm) coś fajnego.
Aż chce się śledzić z uwagą ich losy. Te opowiadania czyta się z głęboką satysfakcją, że nie marnuje czasu. (choć przecież czytanie nie jest marnowaniem czasu- nigdy!)To jak przeglądanie fotografii zatrzymujących ulotne momenty życia w słowie. To momenty życia, których istnienie warto zapamiętać.
Jeszcze słówko o okładce jest taka nostalgiczna. Przedstawia jadący autobus pośród górskiego krajobrazu.
aż chciałoby się do niego wsiąść i odjechać. Akurat nie mam zdjęcia książki pod ręką, ale od czego jest wyobraźnia;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 21 września 2014
wtorek, 12 sierpnia 2014
Z mojej półki: Jo Nesbo Policja
Po zachwycającej literaturze, przyszedł czas by wrócić do korzeni;)
Jak zwykle moją ciekawość uspokoiła biblioteka, gdy przypadkiem natknęłam się na Policję pośród innych kryminałów. Jakoś tak automatycznie wyszło, że wzięłam ją do ręki i wypożyczyłam.
Tak czytanie to jest stan umysłu. Mój mózg nieustannie pożąda nowych książek;) poza tym charakteryzuje się niezawodną intuicją przy ich wyborze. Czasem trafiam na te, które nie do końca spełniają moje oczekiwania ( o tym jednak następnym razem).
Wracając do meritum, do Nesbo pisarz trzyma poziom. Jak zawsze bezwzględny i bezkompromisowy. Prowadzi czytelnika przez labirynt zła. Tym razem giną policjanci, którym nie udało się rozwiązać spraw
w przeszłości. I giną właśnie na miejscach tamtych zbrodni. Brakuje śladów, a w Wydziale Zabójstw Harrego...
To dobry kryminał. Akcja się nie ciągnie, skoncentrowana jest na rozwiązaniu zagadki. A gdzieś w tle toczy się życie policjantów. I tego wątku oprócz odkrycia mordercy dotyczy zakończenie... Lubię Nesbo, bo nie marudzi, nie rozciąga fabuły, ciągle zaskakuje i przywiązuje do swoich książek.
Polecam:)
wtorek, 8 lipca 2014
Z mojej półki: Katarzyna Bonda Pochłaniacz
Pochłaniacz pochłania, po prostu. Kiedy niecierpliwie czytałam ostatnie już strony po raz kolejny straciłam poczucie czasu i rzeczywistości. Wbrew mojemu wielkiemu zakochaniu w książkach, nie zdarza mi się to tak często.
Wymagania wzrosły.
Z tą autorką zetknęłam się już wcześniej w Sprawie Niny Frank i Tylko martwi nie kłamią. W których głównym bohaterem był Hubert Meyer, zawodowo zajmujący się tworzeniem profilów przestępców, to samo robi nowa bohaterka następnej książki- Sasza Załuska.
Potem jest klasycznie morderstwo, mafia, gangsterzy i policja. Bez niepotrzebnie rozbudowanych opisów drastycznych scen lub takiż postępowań zabójców, psychopatów i innych. Z rozbudowanym za to, jakby to nazwać, wątkiem fabularnym? głupio brzmi, nie! wiem (wikipedia podpowiedziała) to jest powieść kryminalna. Chodzi mi to, że autorka nie skupia się wyłącznie na samym morderstwie, ale jest ono częścią
fabuły, wpisane między sceny z życia. Uff wygadałam się wreszcie. To było trudne do wytłumaczenia.
To 670 stron, których mijania się prawie nie zauważa. Pisane plastycznym potocznym językiem. Nie bierzmy tego za minus kto czytał kryminał napisany piękną polszczyzną?Wolę te posługujące się żywym językiem, który nadaje dialogom odcienia realności, a całą powieść osadza w realnym świecie.
I wszystko, a najprzyjemniejsze jest to, że powieść jest 1 w czterotomowej serii:D
związanych z żywiołami. Akurat Pochłaniacz, traktuje o powietrzu i generalnie zapachu, który stanowi najważniejszy dowód w sprawie o morderstwo....
Do następnej książki:)
wtorek, 17 czerwca 2014
Z mojej półki: Jerzy Sosnowski Spotkamy się w Honolulu
| jerzysosnowski.pl |
Zaczęłam pragnąć tej książki od... pierwszego usłyszenia na antenie Trójki. Audiobooki zawsze przemawiały do mojej wyobraźni niejako podwójnie. A w tej zakochałam się od pierwszych słów, poczułam taką głęboką czytelniczą satysfakcję wynikającą z obcowania z dobrym tekstem. Od razu też dodam, że nie zamierzam być obiektywna i raczej będę wyławiać perły komplementów z oceanu niż krytykować.
Dodam na swoje usprawiedliwienie, że jako niestatystyczna Polka czytam więcej i wykształciłam w sobie radar na dobrą literaturę. Ten działa niezawodnie!z współczesnością. Ale to tło, a na pierwszym planie miłość. Bo to w gruncie rzeczy klasyczna, ale nie schematyczna historia miłości Romy i Piotra. Która być może w rzeczywistości wydarza się rzadko, albo wcale,bo nie zniosłaby braku społecznej akceptacji- dzieląca ich różnica wieku wydaje się być nie do pokonania itd, ale jesteśmy na styku rzeczywistości i fikcji literackiej- tu zawsze można więcej.
A więc suniemy po cieniach przeszłości, wspomnień Romy z czasów jej młodości i pracy jako stewardessy,
przyjaźni z Bellą i Stefanem. Za chwilę znowu wrócić do współczesności Piotra i jego przyjaciela Marka.
Dziennikarza piszącego reportaże dla jednej z warszawskich gazet, mającego za sobą dwa nieudane związki i programisty pedanta (z obsesją na punkcie dokładności szczególnie w kuchni.) z bardzo chłodnym podejściem do miłości.
By w końcu spotkać Romę (pachnącą cynamonem;) i Piotra i podglądać ich znajomość... jak twierdzi opis z okładki: ,, dziwne przypadki decydujące o życiu, ludzkie trójkąty i zakazana miłość. W tle bigbitowe lata 60 ubiegłego wieku"
To książka, do której na pewno wrócę. Ma też bardzo ładną okładkę ( jako, że zbyt często patrzę na okładki kryminałów, które zwykle przyjemne nie są, zwracam większą uwagę na takie detale) a ta ma w sobie coś mile przyciągającego.
Nadchodzi złoty wiek jeśli chodzi o następne w kolejce powieści, cieszę się niezmiernie na tą okoliczność.
Do następnego odcinka ( tym razem publikuję już cały tekst) !
sobota, 12 kwietnia 2014
Z mojej półki: John Verdon Wyliczanka
| źródło zdjęcia |
z pozoru wyrwana z kontekstu. Ale o tym następnym razem.
Gdybym miała żonglować sloganami napisałabym: świetny
debiut amerykańskiego autora. Brak słabszych momentów przeciągających fabułę i sprawiających, że książka się dłuży. Nie czułam się znudzona, ani nie kartkowałam kilku kartek do przodu, żeby zobaczyć czy coś się w końcu zacznie dziać.
Podobało mi się też samo rozwiązanie akcji. I to, że nie było ono tak do końca tylko samym podsumowaniem fabuły. Który to zabieg pojawia się u niektórych autorów. Misterne budowanie napięcia, nie zamieniło się ani na chwilę w nudne budowanie napięcia. Verdon zręcznie wplótł w to wszystko studium zachowania mordercy. Może sama osoba odrobinę zbyt oczywista , ale to minimalne naciągnięcie nie odbiera fabule błyskotliwości.
Detektyw Dave Gurney jest na emeryturze. Zajmuje się (hmm dość specyficznym zajęciem) edytowaniem i retuszowaniem zdjęć uchwyconych przez siebie morderców, które później są wystawiane w pobliskiej galerii sztuki.
Były policjant nie umie się odnaleźć w wolnym czasie, którego ma teraz za dużo. Dlatego postanawia włączyć się w śledztwo gdy ofiarą mordercy pada jego przyjaciel z czasów studiów.
I tu zaczyna się gra między policjantami a wyrafinowanym zabójcą. Zabójcą, który wie jaką liczbę pomyślisz przysyłając ją wraz z groźnie brzmiącymi wierszami. (Nigdy nie wiadomo, co w poecie siedzi..)
Książka ma 500 stron, ale to ten rodzaj literatury, od której odrywa się wraz z ostatnim zdaniem.
Do następnego razu!
środa, 19 lutego 2014
Z mojej półki: John Irving
Postanowiłam kontynuować rozpoczęty jakiś czas temu cykl: Z mojej półki. Pisałam wtedy o książce Mankella.
To jedna z tych książek, która mnie poruszyła, na tyle żeby o niej tu napisać. Z ciekawością sięgam po każdą książkę Irvinga- jak dotąd wszystkiego mi się podobały. Niestety ta poruszyła mnie głównie w negatywnym sensie.
Pomyślałam, że właściwie zgłębianie problemów homoseksualistów nie jest ani fascynujące ani ciekawe. Poza tym nie uważam ich za jakaś super ważną grupę społeczną, aż do tego stopnia, by pisać o nich książkę.Im dalej w powieść tym gorzej. Czułam narastający niesmak (wręcz człowiek zaczyna czuć się dziwnie będąc heteroseksualnym i nie zamierzając w najbliższym czasie zmieniać płci)
Nie zrozumiałam (chyba) idei towarzyszącej pisarzowi podczas tworzenia powieści. Jedno wiem na pewno ma swoim koncie wiele zdecydowanie lepszych książek. Mam na myśli np. Zanim Cię znajdę, która świadczy o jego literackim geniuszu.
W jednej osobie cały czas stoi blisko przekroczenia granicy dobrego smaku.
Myślą przewodnią powieści stanowi pytanie: czym jest normalność? a także kwestia przekraczania norm społecznych wraz z konsekwencjami. Autor stawia też pytanie o to, gdzie leży granica tolerancji. Z jednej strony inność nie jest zła ani nie należy jej potępiać. Ludzie są różni- wiadomo gdyby wszyscy byli identyczni i mieli podobne poglądy świat dużo by stracił. Ale odrobina ładu i norm na których można się oprzeć, nikomu nie zaszkodziła.Tego w tej książce zabrakło za dużo tolerancji (wręcz przesadnie wyolbrzymionej) która stała się jej szkieletem i fundamentem. Nie podobało mi się to mam wrażenie, że to trochę świat bez wartości.
Choć jak stwierdziła Panna Frost (która jak się później okazało była mężczyzną...):
,, Drogi chłopcze, bądź łaskaw nie przypinać mi etykietki. Nie rób ze mnie kategorii, zanim mnie nie poznasz".
Coś w tym jest, dlatego przeczytałam tą książkę, żeby móc wyrobić sobie własną opinię.
Przeczytałam i pozwoliłam sobie skrytykować nadmierne rozluźnienie obyczajów.
Udało mi się ją przeczytać i wcale nie muszę jej chwalić.
Pewnie sięgnę po następną książkę Irvinga (nadal jest dość wysoko w rankingu moich ulubionych pisarzy) ale mam nadzieję, że wybierze się w zupełnie inne rejony problemów społecznych i zajmie inną grupą społeczną. Tego życzę sobie i innym jego czytelnikom:)
To jedna z tych książek, która mnie poruszyła, na tyle żeby o niej tu napisać. Z ciekawością sięgam po każdą książkę Irvinga- jak dotąd wszystkiego mi się podobały. Niestety ta poruszyła mnie głównie w negatywnym sensie.
Pomyślałam, że właściwie zgłębianie problemów homoseksualistów nie jest ani fascynujące ani ciekawe. Poza tym nie uważam ich za jakaś super ważną grupę społeczną, aż do tego stopnia, by pisać o nich książkę.Im dalej w powieść tym gorzej. Czułam narastający niesmak (wręcz człowiek zaczyna czuć się dziwnie będąc heteroseksualnym i nie zamierzając w najbliższym czasie zmieniać płci)
Nie zrozumiałam (chyba) idei towarzyszącej pisarzowi podczas tworzenia powieści. Jedno wiem na pewno ma swoim koncie wiele zdecydowanie lepszych książek. Mam na myśli np. Zanim Cię znajdę, która świadczy o jego literackim geniuszu.
W jednej osobie cały czas stoi blisko przekroczenia granicy dobrego smaku.
Myślą przewodnią powieści stanowi pytanie: czym jest normalność? a także kwestia przekraczania norm społecznych wraz z konsekwencjami. Autor stawia też pytanie o to, gdzie leży granica tolerancji. Z jednej strony inność nie jest zła ani nie należy jej potępiać. Ludzie są różni- wiadomo gdyby wszyscy byli identyczni i mieli podobne poglądy świat dużo by stracił. Ale odrobina ładu i norm na których można się oprzeć, nikomu nie zaszkodziła.Tego w tej książce zabrakło za dużo tolerancji (wręcz przesadnie wyolbrzymionej) która stała się jej szkieletem i fundamentem. Nie podobało mi się to mam wrażenie, że to trochę świat bez wartości.
Choć jak stwierdziła Panna Frost (która jak się później okazało była mężczyzną...):
,, Drogi chłopcze, bądź łaskaw nie przypinać mi etykietki. Nie rób ze mnie kategorii, zanim mnie nie poznasz".
Coś w tym jest, dlatego przeczytałam tą książkę, żeby móc wyrobić sobie własną opinię.
Przeczytałam i pozwoliłam sobie skrytykować nadmierne rozluźnienie obyczajów.
Udało mi się ją przeczytać i wcale nie muszę jej chwalić.
Pewnie sięgnę po następną książkę Irvinga (nadal jest dość wysoko w rankingu moich ulubionych pisarzy) ale mam nadzieję, że wybierze się w zupełnie inne rejony problemów społecznych i zajmie inną grupą społeczną. Tego życzę sobie i innym jego czytelnikom:)
środa, 13 listopada 2013
Z mojej półki: Henning Mankell
Nic innego na słowo wprowadzenia mi nie przyszło
do głowy- w każdym razie to jedno zdanie jest kwintesencją mojego stosunku do literatury:)
Nie rozumiem tej części społeczeństwa, która nie lubi książek. Nie rozumiem jak można nie czytać w ogóle lub parę na rok- to woła o pomstę do biblioteki! Kiedy słyszę te zatrważające statystyki-
przewracam oczy i czuję się głęboko zażenowana.
Książek czytam jeśli mam dużo czasu około 5 na miesiąc, a jeśli mniej to 3- i czuję się dumna, że jestem po stronie czytających!
Słowo buduje wyobraźnię pozwala zajrzeć do nieistniejącego świata- mniej lub bardziej zbliżonego do rzeczywistości. Każdy gatunek pełni inną funkcję
(ale o tym następnym razem) Poza tym dzięki książkom można trochę zapomnieć o rzeczywistości ( często im bardziej coś mi się nie układa uciekam w świat literatury).
Słowo wstępu m się rozbudowało- a dziś chciałam się zająć Mankellem. Powiem to od razu przeczytałam wszystkiego napisane przez niego książki:D (inaczej nie byłabym sobą!)
Cykl o Wallanderze trzymał w napięciu od pierwszej do ostatniej części serii. Kryminały były utrzymane
w monotonnie mrocznej aurze skandynawskiego krajobrazu i pogody. Nastrój książek za to jest bardzo
zmienną sinusoidą (ładnie brzmiące słowo o matematycznym rodowodzie): mamy rozbudowaną fabułę, szczegółową analizę postępów książkowego śledztwa i analizę motywów zabójcy.
Powieści spoza cyklu oscylują na granicy kryminału, ale i socjologicznej analizie społeczeństwa.
Mamy zimny skandynawski krajobraz i gorącą Afrykę. Lektura wciągająca, ale dosyć ciężka
jeśli chodzi o poruszane tematy.
Włoskie buty są... spokojne i wyciszone. To książka zaskakująca cicha i spokojna.
O miłości , samotności, przebaczeniu i życiu w mikrospołecznościach. Ludziach żyjących
na wyspach, czy w lesie daleko od miasta. Brak tej książce napięcia charakterystycznego dla
jego poprzednich powieści. A mimo to kończy się ją szybko i niepostrzeżenie.
I myślę, że to jest najlepsza rekomendacja:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

