Zaglądam znów do biblioteki i pytam o Alice Munro, zupełnym przypadkiem w moje ręce trafia tom opowiadań: Zbyt wiele szczęścia. Jest to okoliczność przynosząca czytelniczą satysfakcję. Poza tym Munro
podobała mi się od pierwszego usłyszenia na Trójce (chyba jeszcze przed ogłoszeniem, że dostała Nobla, czytali fragmenty opowiadań) to musiało się skończyć dotknięciem papierowej książki (jestem tradycjonalistką w tej dziedzinie, książka nie może być elektroniczna, bo nie jest wtedy prawdziwa)
spokojnym oswajaniem się ze stylem autorki, jej pomysłami na literaturę.
Rzadko sięgam po Noblistów (nie wiem, co w nich jest, ale są zbyt poważni, zbyt w każdej kategorii)
na ogół jest nam do siebie daleko. Z Munro było inaczej, podoba mi się jak pisze, jak operuje słowem, nie udziwniając niczego, nie szukając ciężki, coraz cięższych tematów, od których mózg mola książkowego się spala;) ona pisze tak po prostu, jakby siedziała na ławce w parku i opisywała zastaną rzeczywistość.
Też tak chce pisać! W jej prostocie jest jakiś pierwiastek genialności.
Tematycznie oczywiście bliska, jak mogłaby by nie być skoro pisze o kobietach. Ich postacie są intensywne, takie, które jakoś samoistnie się zapamiętuje, które przychodzą do głowy (kiedy myślę o przeczytanych książkach). Jest w tym odkrywaniu kolejnych bohaterek (wybaczcie kolokwializm) coś fajnego.
Aż chce się śledzić z uwagą ich losy. Te opowiadania czyta się z głęboką satysfakcją, że nie marnuje czasu. (choć przecież czytanie nie jest marnowaniem czasu- nigdy!)To jak przeglądanie fotografii zatrzymujących ulotne momenty życia w słowie. To momenty życia, których istnienie warto zapamiętać.
Jeszcze słówko o okładce jest taka nostalgiczna. Przedstawia jadący autobus pośród górskiego krajobrazu.
aż chciałoby się do niego wsiąść i odjechać. Akurat nie mam zdjęcia książki pod ręką, ale od czego jest wyobraźnia;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz