ta płyta Julii Pietruchy zaczyna się od szumu dużej wody. to chyba ocean.
na życie nad oceanem kupiłabym bilet w jedną stronę. choć kojarzy mi się to tylko z wiecznie
splątanymi przez wiatr włosami, to i tak to musi być przyjemne.
odbiłam sobie łzy nad zmarnowanym ciastem. było takich kilka. w poniedziałek zrobiłam cynamonki drożdżowe, do których ciasto cudownie urosło i pięknie się upiekło. słodkie w smaku, nie za twarde. muszę popracować nad stopniem rozwałkowania.
a dziś na obiad pyzy chmurki z sosem śliwkowym smażonym na miodzie i posypanym cynamonem.
żałuje, że tak mało tego sosu zostało. charakteryzuje się on lekką cierpkością i miłym posmakiem miodu. będę go chyba teraz robić do wszystkiego. poza tym zupa ogórkowa i przy okazji zrobiłam masło orzechowe ( przy którym się odrobinę zagapiłam i trochę za bardzo uprażyłam orzechy. na szczęście nie była to zbiorowa katastrofa, pojedyńcze jednostki odrzuciłam, jako zbyt brązowe i już)
będzie idealne na śniadanie.
a teraz idę pojeździć na rowerze. do lasu. trzeba uczcić ostatni dzień lata.
będę za nim tęsknić, bardzo. teraz na parapecie już wrzosy.
środa, 31 sierpnia 2016
czwartek, 25 sierpnia 2016
sierpniowy czwartek
sierpień taki miły w słońce bogaty. mogłabym być łąką pod sierpniowym niebem.
otulona w słońce, przebrana w zielone. nade mną błyszczały by białe obłoki.
takie proste to byłoby życie.
w sierpniu wciąż piekę. i właściwie ciągle to samo ciasto ze śliwkami. ostatnio są celebrytkami w mojej kuchni. raz było porzeczkowe. porzeczki były u mnie bardzo intensywnie. na samą myśl o czuje w ustach ten cierpko-słodki smak. przypadkiem udało się uratować dwa kubeczki z działki, reszta nieszczęślwie uschła. ale śliwki są cudowne. chyba moje całkiem pierwsze, pierwsze ciasto było właśnie z nich.
a tak to pełnia jabłek, kolb kukurydzy często, jeżyn (uwielbiam jeżyny, ale i tak tęsknie za malinami)
od czasu do czasu z mascarpone (mogłabym go jeść łyżkami) z owocami.
ciągle też pomidory (prezent z działki; funkcjonuje tam instytucja bardzo miłej Pani sąsiadki)
czytanie ostatnio mi się zacięło. nie sięgam po nic. czekam na wenę do czytania. może wróci.
za to jestem oczarowana płytą julii pietruchy. bardzo, bardzo dobrze się słucha. właśnie z koncertu w trójce.
piątek, 12 sierpnia 2016
piątek i lista
moje zwolnione życie trwa. rozciąga się pomiędzy słuchanie, czytanie i pieczenie i gotowanie.
słuchanie miłej trójki, zawsze. to radio chyba płynie mi we krwi. teraz lista przebojów z piotrem baronem, od radia nie można już chcieć więcej. chyba, że Siesty i Marcina Kydryńskiego, właśnie czyta swoją książkę o 11:50 ja ostatnio jestem w domu o tej dziwnej porze, więc słucham. ale wypożyczę ją sobie, chcę jej dotknąć. lubię dotykać książek.
czytanie tego jest dużo. od maja do teraz przeczytałam 10 książek, nie wiem czy to jest normalne.
w literach jest jakiś spokój, a ja chłonę spokój, każdy centymetr spokoju. nadrobiłam większość powieści z listy, którą od czasu do czasu aktualizuję. obecna mi się skończyła. to znak będę w końcu spokojna. a więc konsekwetnie poszłam dziś do biblioteki i wypożyczyłam 3 ksiażki:) żeby to było bardziej trwałe uczucie.
pieczenie to jest radość i udręka jednocześnie. radość, bo uwielbiam smak i zapach masła. lubię dotykać ciasta, nadziewać dróżdżówki. obsypywać kruszonką sezonowe owoce. i patrzeć jak rośnie.
udręka, kiedy składam sobie nic nie warte obietnice; nigdy więcej nie wejdę do kuchni. ciągle zapominam, że pieczenie bywa kapryśne, każdy taki kaprys, to mój strasznie zepsuty nastrój.
ukojenie na takie kuchenne nie farty to gotowanie;) pomidorowa z przecierem od Babci, makarony ze wszystkim i niczym i zapiekanki z ziemniaków, we wszystkim cukinia. to jest bardzo interesujące warzywo pasuje do każdego słonego dania. zawsze mam na nią pomysł.
piątek zapada się w ciemność. wszystko chłodne, ale orzeżwiające. chyba cieszę, że nie ma upału.
czwartek, 28 lipca 2016
piątek, 22 lipca 2016
zbiór wakacyjny
Gdańsk olśnił mnie słońcem, kiedy wysiadłam z pociągu, błyszczał hojnie rozrzucając promienie.
Ten moment wychodzenia ze środka podróży w innym mieście trwa zawsze tak krótko, ale jest najmilszy z tym "wszystko przede mną".
Całą pierwszą drogę nad morze czułam musujące endorfiny w sercu i brzuchu. Piękne granatowe na powierzchni z białą pianką na piaszczystym brzegu. Chciałam biec prosto w morski brzuch z radości, ale nie za bardzo umiem pływać, więc zostało mi tylko miłe łaskotanie w sercu.
Potem wycieczki po zakątkach miasta tymi mniej znanymi, nie turystycznymi.
Stare Miasto też było hałaśliwe, gwarne i szumiące wieloma językami. Wiele w nim życia, które niezmiennie przyciąga, aż chciałoby się w nim zanurzyć.
Ale najbardziej podoba mi się morze. O morzu chce mi się pisać wszystko wierszem i prozą.
I w ogóle.
Gdynię podpatrywałam przez obiektyw aparatu: ogromne statki. Wiele hałasu i turystów odrobinę za dużo. A i tak chciałabym tam wrócić.
Dzień na Sopot emanował słońcem. Zamiast kolejki podmiejskiej droga wiodła plażą i bryzą morską. Boże, jak mi było dobrze z tym morzem pod nosem!z ciągłym przystawaniem na zdjęcia.
A samo miasto białe swoją architekturą i takie jasne, jakby cały czas się odbijało w bardzo jasnych chmurach. W Sopocie też Radiowy Plac Trójki (poczułam lekkie rozczarowanie, że to tylko tyle, ale sama nie wiem, czego się spodziewałam) zatęskniłam bardzo za ich muzyką. Na wakacjach przeważnie brak radia.
Dzięki drodze powrotnej zdążyłam opalić się (słońce nadmorskie w tym roku kapryśne raz zimne raz ciepłe) na niespotykany u mnie zbliżony do brązowego odcień skóry.
Jedzenie to słodkie arbuzy, lody, maliny, kurki. W kolejności dowolnej. Warzywa lśniące czerwone pomidory, młode marchewki, smukłe fasolki i brokuły.
A lody o smaku nieba solonego karmelu.
Nad morzem szumiało. Szumiało mi w sercu.
Plaża po intensywnej ulewie zimna i szorstka. A i tak miła i piękna z muszelek i kamyków.
Woda piękna, głęboka , granatowa, jej szum jak muzyka. Nie słuchałam muzyki i byłam szczęśliwa.
Wzięłam jedną książkę Botanikę duszy, wróciłam z nieprzeczytaną. Patrzałam na morze, nie miałam czasu na czytanie.
Ten moment wychodzenia ze środka podróży w innym mieście trwa zawsze tak krótko, ale jest najmilszy z tym "wszystko przede mną".
Całą pierwszą drogę nad morze czułam musujące endorfiny w sercu i brzuchu. Piękne granatowe na powierzchni z białą pianką na piaszczystym brzegu. Chciałam biec prosto w morski brzuch z radości, ale nie za bardzo umiem pływać, więc zostało mi tylko miłe łaskotanie w sercu.
Potem wycieczki po zakątkach miasta tymi mniej znanymi, nie turystycznymi.
Stare Miasto też było hałaśliwe, gwarne i szumiące wieloma językami. Wiele w nim życia, które niezmiennie przyciąga, aż chciałoby się w nim zanurzyć.
Ale najbardziej podoba mi się morze. O morzu chce mi się pisać wszystko wierszem i prozą.
I w ogóle.
Gdynię podpatrywałam przez obiektyw aparatu: ogromne statki. Wiele hałasu i turystów odrobinę za dużo. A i tak chciałabym tam wrócić.
Dzień na Sopot emanował słońcem. Zamiast kolejki podmiejskiej droga wiodła plażą i bryzą morską. Boże, jak mi było dobrze z tym morzem pod nosem!z ciągłym przystawaniem na zdjęcia.
A samo miasto białe swoją architekturą i takie jasne, jakby cały czas się odbijało w bardzo jasnych chmurach. W Sopocie też Radiowy Plac Trójki (poczułam lekkie rozczarowanie, że to tylko tyle, ale sama nie wiem, czego się spodziewałam) zatęskniłam bardzo za ich muzyką. Na wakacjach przeważnie brak radia.
Dzięki drodze powrotnej zdążyłam opalić się (słońce nadmorskie w tym roku kapryśne raz zimne raz ciepłe) na niespotykany u mnie zbliżony do brązowego odcień skóry.
Jedzenie to słodkie arbuzy, lody, maliny, kurki. W kolejności dowolnej. Warzywa lśniące czerwone pomidory, młode marchewki, smukłe fasolki i brokuły.
A lody o smaku nieba solonego karmelu.
Nad morzem szumiało. Szumiało mi w sercu.
Plaża po intensywnej ulewie zimna i szorstka. A i tak miła i piękna z muszelek i kamyków.
Woda piękna, głęboka , granatowa, jej szum jak muzyka. Nie słuchałam muzyki i byłam szczęśliwa.
Wzięłam jedną książkę Botanikę duszy, wróciłam z nieprzeczytaną. Patrzałam na morze, nie miałam czasu na czytanie.
środa, 29 czerwca 2016
w środku
lato wielu pięknych aktów. znowu niebieskie, znowu lekkie białe i złote.
pachnie owocami i warzywami. wypełnione kadrami do zapamiętania na dłużej.
rano na trójce bosko! Piotr Baron uwielbiam każdą muzykę jaką nadaje i jak o niej mówi.
w kuchni na okrągło to samo koper, rzodkiewki i ogórki. zupy jarzynowe, drugie dania warzywne.
wszystko zielono- zielone. chrupiące i młode. dziś po młodej zupie, będą serwowane leniwe pierogi.
a na deser bób, czekałam na niego bardzo, taki letni i pachnący zielonym.
w książkach Stryjeńska, której jeszcze połowa mi została. to dobra lektura, czasem bardziej wartka, czasem mniej, ale chce się ją dokończyć.
w literach wiersz, nie każdy udany, ale powolnie dojrzewają.
Nogaś dziś w Do południa opowiadał o listach Tove Jansson, myślę, że to będzie moja następna lektura. podobna była bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi, chętnie bym się przyjrzała z bliska jej codzienności.
pachnie owocami i warzywami. wypełnione kadrami do zapamiętania na dłużej.
rano na trójce bosko! Piotr Baron uwielbiam każdą muzykę jaką nadaje i jak o niej mówi.
w kuchni na okrągło to samo koper, rzodkiewki i ogórki. zupy jarzynowe, drugie dania warzywne.
wszystko zielono- zielone. chrupiące i młode. dziś po młodej zupie, będą serwowane leniwe pierogi.
a na deser bób, czekałam na niego bardzo, taki letni i pachnący zielonym.
w książkach Stryjeńska, której jeszcze połowa mi została. to dobra lektura, czasem bardziej wartka, czasem mniej, ale chce się ją dokończyć.
w literach wiersz, nie każdy udany, ale powolnie dojrzewają.
Nogaś dziś w Do południa opowiadał o listach Tove Jansson, myślę, że to będzie moja następna lektura. podobna była bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi, chętnie bym się przyjrzała z bliska jej codzienności.
niedziela, 26 czerwca 2016
w weekend
lato rozbłyszczało się w sobotę jak najbardziej złota ze wszystkich kul. ozłociło chyba wszystko, padało na zieleń wydobywając z niej najpiękniejsze tony, zachowywało się trochę jak dziecko, które ciągle chce być w centrum uwagi. to był piękny dzień na picie wody z nieskończoną ilością cytryny i mięty. z przyjemnością o tym myślę w tą chłodną niedzielę.
w sobotę celebrowałam spokój istnienia usiłując jednocześnie nie dopuszczać do siebie myśli, że ta złota kula emituje zwykły upał i jestem na granicy rozpłynięcia się. nie negując tych kilku zdań powyżej. mój spokój rozchwiał się i ostatecznie upadł w zderzeniu z meczem. polsko- szwajcarski pojedynek zakończony tak pięknym finałem wzruszył mnie. a kiedyś wśród rzeczy, które mnie wzruszają na pewno nie wymieniłabym meczu. muszę sobie przemyśleć tą listę jeszcze raz.
chłodna niedziela znowu okraszona spokojem. udekorowana książką cały czas Stryjeńska.
będę ją czytać przy kolacji- absolutnie najlepsze połączenie jedzenie i czytanie. od zawsze to dobrze na mnie wpływa. w mojej krwi na pewno płyną litery. jestem absolutnym, nieuleczalnym molem książkowym. kocham wszystkie książki jeśli tylko są na mnie w stanie wywrzeć wrażenie. przywiązuje się do autorów, serii, nie lubię ostatnich stron w powieściach. i nic tak nie przyciąga mojego wzroku jak półki z książkami.
reszta potem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)