piątek, 4 listopada 2016

w środku piątku

w środę w radiu śpiewała Agnes Obel jej melancholia i zaduszki komponowały się idealnie.
bo ona tą muzyką otula ciemne i czarne listopadowe wieczory. citizen of glass zaczarowuje zimną jesień. jest piękny, chyba.

poza tym czasem robię zdjęcia liściom, zimnym i mokrym od deszczu. ta jesień mnie przygnębia ze swoim prawie zimowym nastrojem. a liście są jeszcze kolorowe i jest ich jeszcze dużo, chociaż większość opadła. lubię im się przyglądać z bliska. zdarzają się ułamki słońca, wszystko trochę mniej ciemne.

i czytam cabre, dla niego zreztą zostawiłam wszystkie inne książki. to nie było wyzwanie, po prostu spędzanie czasu z jego prozą to jak nieustanne wstrzymywanie oddechu z zachwytu. każde słowo w tej orkiestrze powieści ma swoje nie przypadkowe miejsce. lubię kiedy literatura jest przemyślana.

będę piekła rogaliki, ostatnio niewiele się dzieje w mojej kuchni. z okazji piątku, listy, św. marcina
i weekendu.


sobota, 29 października 2016

w sobocie o radiu

nie lubię kiedy burzy mi się świat. kiedy wszystko w radiu tak dobrze się ze sobą komponuje.
i każdy głos, który mówi jest oczekiwany. nie lubię zmian, szczególnie tych, które psują, to co było dobre. i tak jest mi przykro, że michał nogaś odchodzi z trójki. dziś było pożegnanie w radiowym domu kultury byłam wzruszona, to było takie ładne. smutno, że to koniec.
To dzięki Redaktorowi spotkałam się z powieściami Cabre. nigdy tego nie zapomnę.

dobrze, że jest Siesta, moje niedziele dzielą się na te, w których ona jest (te piękne i nadzwyczajnie cudownie muzyczne) i na te, kiedy jej nie słucham (te mniej piękne)

ciągle jakieś kłopoty w rzeczywistości. wszystko na opak. tam, gdzie ma być kreska, nagle tworzy się gwałtowna fala. i zamiast skupiać się na rzeczach naprawdę istotnych i je spokojnie układać, wiecznie coś popsute. patrzę i nie wierzę, że niektóre rzeczy mogą mieć miejsce.
ale wysnuje sobie spokój, pewnie też. taka końcówka października, który miał być lepszy. jednak w tym roku niewiele rzeczy jest dobrych. raczej wiele ostatnich i nie udanych.

na pocieszenie znowu powoli, niespiesznie piszę wiersze. och, jak to pięknie się pisze.
po długim okresie nieznośnej ciszy jest to rodzaj mikrocudu. sięgnęłam po mistrzowską poezję
Mistrza Herberta i w Jego wierszach odnalazłam (w końcu!) nastrój i słowa pobudzające moją poezję.

tymczasem powolna trochę sobota trwa, w tle muzyka z poprzedniej siesty. idę po książkę, chociaż na chwilę.





wtorek, 25 października 2016

jasne i ciemne

cały październik otulony mgłą. cały październik taki ciemny. na przemian mokro i zimno.
o każdej porze światło elektryczne. książki czytam znowu Cabre, dla niego odłożyłam wszystko, co czytałam, żeby znowu pobyć w jego świecie. uśmiecham się to dobra lektura. (cień enucha)
a że wszystko mgliste i raczej ołowiane na zewnątrz jeszcze lepiej te książki smakują,

w kuchni ciągle zupy kremy- to najgenialniejsze zupy na świecie. lubię, kiedy w nich dużo warzyw jest gładko zmiksowanych. z soczewicy, brokuła i cukinii.
 od czasu do czasu ciasta. w niedziele szarlotka, chociaż nie zachwycała po wyjściu z piekarnika, to przyjemnie się ją je. lubię jabłka, szczególnie te ukryte w cieście.

przed ciastem (dla duszy) trening (dla ciała) a potem placki z cukinii i cabre na miły wieczór.
takie rzeczy po kolei lubię kiedy się wydarzają, to mnie uspokaja. inne ciągle się burzą.


czwartek, 20 października 2016

październikiem popołudniowym

chciałam zapamiętać z tego października piękne złote liście. i piękne jesienne słońce.
dziś stałam z parasolką w ręku, nogami trochę tonąc w kałuży (dobrze, że mam ładne kalosze;) i robiłam zdjęcia liściom, charakteryzował je uparty brak ozdób w postaci promieni słonecznych. za to bardzo równomiernie i monotonnie padało. jest w tym jakiś spokój, w tym deszczu.
jest taki mały plusik tej pogody można delektować się towarzystwem książki oraz kota (chociaż kota, to bez względu na aurę;) i być pod kocem.

a poza tym jesienią taką tak miło włącza się piekarnik  piecze i gotuje.
może jutro zrobię szarlotkę. a tak to raz były ptysie (bardzo się bałam kulinarnej katastrofy, a jednak
wyszły piękne i na pewno jeszcze do nich wrócę.) tylko wcześniej muszę opanować trudną sztukę jak nie ubrudzić całej kuchni ciastem;) i knedle- uwielbiam je, są pyszne. nic mnie tak nie cieszy jak ta kulka ciasta ze śliwką w środku oblana gęstą śmietaną i cynamonem.

a w muzyce też ładnie. (tylko cały czas żałuje, na trójka zrezygnowała z 3 wymiarów gitary)
za to jest nowa płyta Kings of Leon, która sprawiła, że znowu chce ich słuchać.
no i piękny Aksamit Anny Gacek- idealny na ciemne jesienne wieczory.

tymczasem koniec kocykowania, czas zadbać o formę:)




wtorek, 4 października 2016

wtorek w październiku

jesień się zachmurzyła, ochmurzyła. kłębiaste ciemne obłoki suną leniwie po niebie.
słońca raczej mało i jakoś rzadko. teraz świeci, ale tak bardzo jesiennie z szumem liści w tle.
ostatnio świat ciągle mi się taki szary wydaje, o a teraz znowu liście szumią.


w czytaniu jakieś niezrozumiałe zaległości. kłębią mi się książki wszędzie.
za to w poezji mojej pusto. i ta pustka jest niepokojąca. co nie znaczy, że  będzie zawsze, czekam na zmianę. prowadzę wewnętrzne przygotowania do wzięcia się w garść powinny dać jakiś efekt (nie tylko w dziedzinie tworzenia wierszy)
w muzyce istnieją u mnie tylko dwa zespoły (poza tym trójka, ale to tak tylko przypominam;)

literacko jestem w Islandii z A. Indrioasonem  Hipotermią im dłużej Go czytam, tym bardziej mi się przypomina, dlaczego mi się nie podobał wcześniej za bardzo. najwyraźniej to była szansa na wyrost. albo kwestia tłumaczenia.
czasem  bywam w Nowym Yorku z Paulem Austerem i Trylogią nowojorską nie wiem jeszcze jak międz nami będzie.  Z USA niedaleko do Kanady, gdzie spotykam się z Alice Munro i jej tomem opowiadań Uciekinierka lubię ją niezależnie od tego co napisała.


kings of leon (chociaż miałam już okres, że nie słuchałam ich wcale, to teraz wraz z nową płytą chce ich coraz więcej) cheap tobacco (przypadkowo wyszerpane w internetach, kawałek czasu temu, ale ciągle podoba mi się tak samo #dobrebopolskie ;) 





sobota, 24 września 2016

pierwsza garść zdjęć

to zdjęcia z pełni lata powolnych, długich letnich godzin.  dotykanie ciężkich skór drzew. 
minuty płynące od zielonego do zielonego. drobne zachwyty. to była właściwie pełnia drobnych zachwytów. a na te lubię patrzeć najbardziej. 








czwartek, 22 września 2016

wypisy z czwartku

mam jeszcze całe garści zdjęć z wakacji, a tu już rozciąga się w przestrzeni wrzesień.
mogłby być ten sierpień w nieskończoność. taki zanurzony w słońcu, jak był i lekko nudny.
a teraz znowu niedługo będą piękne liście. przebiorą się z zielonego w wielobarwne stroje.
z jesienią kojarzą mi się miłe, grube powieści; jakich dawno nie czytałam. chcę do tego wrócić, do długich spotkań z książką.

ten początek jesieni zaczął się od długich, ciepłych swetrów. od kryminałów, pieczenia. i snucia się czasu (to się akurat nie powinno zdarzyć) dużo trójki. właśnie słucham nowej audycji moniki brodki.
pierwszy odcinek to absolutny smutek. nie podoba mi się. jesieni nie zaczyna się od najsmutniejszych piosenek świata. litości!

kryminały teraz czytam marininę już nawet nie pamiętam kiedy przeczytałam jej pierwszą książkę.
to musiało być kilka historii temu;) okazało się, że dobrze się ją czyta. chociaż jeszcze nie wiem, czy iluzja grzechu mi się podoba. gdzieś tam w tle zostały listy osieckiej i przybory. to niegrzecznie czytać cudze listy, ale tym nie można się oprzeć.  odłozyłam na półkę jeszcze  leonie swann krocząc w ciemności, szkoda, że to nie kontynuacja poprzednich powieści, tęsknie za owcami bardzo.

w kuchni snuje czas codziennie. w kuchni mogłabym pracować. ostatnio upiekłam bułeczki mleczne
do mleka (które pije rzadko, ale one idealnie nadają się też do dżemu). i powstał jeszcze placek drożdżowy z porzeczkami (dobór owoców był jak dla mnie zbyt przypadkowy)
a najmilszym wspomnieniem zeszłego tygodnia były pierogi. pierwsze, własnoręcznie ulepione, które zdecydowanie podniosły moją kulinarną samoocenę. gdyby tylko nie trwało to tak dłuugo.

brakuje mi pisania wierszy. natchnienie gdzieś uciekło. idę do kuchni zrobić coś dobrego na pocieszenie.