wtorek, 4 października 2016

wtorek w październiku

jesień się zachmurzyła, ochmurzyła. kłębiaste ciemne obłoki suną leniwie po niebie.
słońca raczej mało i jakoś rzadko. teraz świeci, ale tak bardzo jesiennie z szumem liści w tle.
ostatnio świat ciągle mi się taki szary wydaje, o a teraz znowu liście szumią.


w czytaniu jakieś niezrozumiałe zaległości. kłębią mi się książki wszędzie.
za to w poezji mojej pusto. i ta pustka jest niepokojąca. co nie znaczy, że  będzie zawsze, czekam na zmianę. prowadzę wewnętrzne przygotowania do wzięcia się w garść powinny dać jakiś efekt (nie tylko w dziedzinie tworzenia wierszy)
w muzyce istnieją u mnie tylko dwa zespoły (poza tym trójka, ale to tak tylko przypominam;)

literacko jestem w Islandii z A. Indrioasonem  Hipotermią im dłużej Go czytam, tym bardziej mi się przypomina, dlaczego mi się nie podobał wcześniej za bardzo. najwyraźniej to była szansa na wyrost. albo kwestia tłumaczenia.
czasem  bywam w Nowym Yorku z Paulem Austerem i Trylogią nowojorską nie wiem jeszcze jak międz nami będzie.  Z USA niedaleko do Kanady, gdzie spotykam się z Alice Munro i jej tomem opowiadań Uciekinierka lubię ją niezależnie od tego co napisała.


kings of leon (chociaż miałam już okres, że nie słuchałam ich wcale, to teraz wraz z nową płytą chce ich coraz więcej) cheap tobacco (przypadkowo wyszerpane w internetach, kawałek czasu temu, ale ciągle podoba mi się tak samo #dobrebopolskie ;) 





sobota, 24 września 2016

pierwsza garść zdjęć

to zdjęcia z pełni lata powolnych, długich letnich godzin.  dotykanie ciężkich skór drzew. 
minuty płynące od zielonego do zielonego. drobne zachwyty. to była właściwie pełnia drobnych zachwytów. a na te lubię patrzeć najbardziej. 








czwartek, 22 września 2016

wypisy z czwartku

mam jeszcze całe garści zdjęć z wakacji, a tu już rozciąga się w przestrzeni wrzesień.
mogłby być ten sierpień w nieskończoność. taki zanurzony w słońcu, jak był i lekko nudny.
a teraz znowu niedługo będą piękne liście. przebiorą się z zielonego w wielobarwne stroje.
z jesienią kojarzą mi się miłe, grube powieści; jakich dawno nie czytałam. chcę do tego wrócić, do długich spotkań z książką.

ten początek jesieni zaczął się od długich, ciepłych swetrów. od kryminałów, pieczenia. i snucia się czasu (to się akurat nie powinno zdarzyć) dużo trójki. właśnie słucham nowej audycji moniki brodki.
pierwszy odcinek to absolutny smutek. nie podoba mi się. jesieni nie zaczyna się od najsmutniejszych piosenek świata. litości!

kryminały teraz czytam marininę już nawet nie pamiętam kiedy przeczytałam jej pierwszą książkę.
to musiało być kilka historii temu;) okazało się, że dobrze się ją czyta. chociaż jeszcze nie wiem, czy iluzja grzechu mi się podoba. gdzieś tam w tle zostały listy osieckiej i przybory. to niegrzecznie czytać cudze listy, ale tym nie można się oprzeć.  odłozyłam na półkę jeszcze  leonie swann krocząc w ciemności, szkoda, że to nie kontynuacja poprzednich powieści, tęsknie za owcami bardzo.

w kuchni snuje czas codziennie. w kuchni mogłabym pracować. ostatnio upiekłam bułeczki mleczne
do mleka (które pije rzadko, ale one idealnie nadają się też do dżemu). i powstał jeszcze placek drożdżowy z porzeczkami (dobór owoców był jak dla mnie zbyt przypadkowy)
a najmilszym wspomnieniem zeszłego tygodnia były pierogi. pierwsze, własnoręcznie ulepione, które zdecydowanie podniosły moją kulinarną samoocenę. gdyby tylko nie trwało to tak dłuugo.

brakuje mi pisania wierszy. natchnienie gdzieś uciekło. idę do kuchni zrobić coś dobrego na pocieszenie.



środa, 31 sierpnia 2016

we wnętrzu środy

ta płyta Julii Pietruchy zaczyna się od szumu dużej wody. to chyba ocean.
na życie nad oceanem kupiłabym bilet w jedną stronę. choć kojarzy mi się to tylko z wiecznie
splątanymi przez wiatr włosami, to i tak to musi być przyjemne.

odbiłam sobie łzy nad zmarnowanym ciastem. było takich kilka. w poniedziałek zrobiłam cynamonki drożdżowe, do których ciasto cudownie urosło i pięknie się upiekło. słodkie w smaku, nie za twarde. muszę popracować nad stopniem rozwałkowania.
a dziś na obiad pyzy chmurki z sosem śliwkowym smażonym na miodzie i posypanym cynamonem.
żałuje, że tak mało tego sosu zostało. charakteryzuje się on lekką cierpkością i miłym posmakiem miodu. będę go chyba teraz robić do wszystkiego. poza tym zupa ogórkowa i przy okazji zrobiłam masło orzechowe ( przy którym  się odrobinę zagapiłam i trochę za bardzo uprażyłam orzechy. na szczęście nie była to zbiorowa katastrofa, pojedyńcze jednostki odrzuciłam, jako zbyt brązowe i już)
będzie idealne na śniadanie.

a teraz idę pojeździć na rowerze. do lasu. trzeba uczcić ostatni dzień lata.
będę za nim tęsknić, bardzo. teraz na parapecie już wrzosy.


czwartek, 25 sierpnia 2016

sierpniowy czwartek

sierpień taki miły w słońce bogaty. mogłabym być łąką pod sierpniowym niebem. 
 otulona w słońce, przebrana w zielone. nade mną błyszczały by białe obłoki. 
takie proste to byłoby życie. 

w sierpniu wciąż piekę. i właściwie ciągle to samo ciasto ze śliwkami. ostatnio są celebrytkami w mojej kuchni. raz było porzeczkowe. porzeczki były u mnie bardzo intensywnie. na samą myśl o czuje w ustach ten cierpko-słodki smak. przypadkiem udało się uratować dwa kubeczki z działki, reszta nieszczęślwie uschła. ale śliwki są cudowne. chyba moje całkiem pierwsze, pierwsze ciasto było właśnie z nich. 
a tak to pełnia jabłek, kolb kukurydzy często, jeżyn (uwielbiam jeżyny, ale i tak tęsknie za malinami)
od czasu do czasu z mascarpone (mogłabym go jeść łyżkami) z owocami. 
ciągle też pomidory (prezent z działki; funkcjonuje tam instytucja bardzo miłej Pani sąsiadki) 

czytanie ostatnio mi się zacięło. nie sięgam po nic. czekam na wenę do czytania. może wróci. 
za to jestem oczarowana płytą julii pietruchy. bardzo, bardzo dobrze się słucha. właśnie z koncertu w trójce. 


piątek, 12 sierpnia 2016

piątek i lista

moje zwolnione życie trwa. rozciąga się pomiędzy słuchanie, czytanie i pieczenie i gotowanie.
słuchanie miłej trójki, zawsze. to radio chyba płynie mi we krwi. teraz lista przebojów z piotrem baronem, od radia nie można już chcieć więcej. chyba, że Siesty i Marcina Kydryńskiego, właśnie czyta swoją książkę o 11:50 ja ostatnio jestem w domu o tej dziwnej porze, więc słucham. ale wypożyczę ją sobie, chcę jej dotknąć. lubię dotykać książek. 

czytanie tego jest dużo. od maja do teraz przeczytałam 10 książek, nie wiem czy to jest normalne. 
w literach jest jakiś spokój, a ja chłonę spokój, każdy centymetr spokoju. nadrobiłam większość powieści z listy, którą od czasu do czasu aktualizuję. obecna mi się skończyła. to znak będę w końcu spokojna. a więc konsekwetnie poszłam dziś do biblioteki i wypożyczyłam 3 ksiażki:) żeby to było bardziej trwałe uczucie. 

pieczenie to jest radość i udręka jednocześnie. radość, bo uwielbiam smak i zapach masła. lubię dotykać ciasta, nadziewać dróżdżówki. obsypywać kruszonką sezonowe owoce. i patrzeć jak rośnie. 
udręka, kiedy składam sobie nic nie warte obietnice; nigdy więcej nie wejdę do kuchni. ciągle zapominam, że pieczenie bywa kapryśne, każdy taki kaprys, to mój strasznie zepsuty nastrój. 
ukojenie na takie kuchenne nie farty to gotowanie;) pomidorowa z przecierem od Babci, makarony ze wszystkim i niczym i zapiekanki z ziemniaków, we wszystkim cukinia. to jest bardzo interesujące warzywo pasuje do każdego słonego dania. zawsze mam na nią pomysł. 

piątek zapada się w ciemność. wszystko chłodne, ale orzeżwiające. chyba cieszę, że nie ma upału.